piątek, 27 września 2013

Parafraza pierwsza


Wilk Nadrzewny


W żelaznych trzewikach przewędrowałam eony świata. Przebyłam oceany czasu. I wieki epoki wspomnień.
Moje stopy piekły od ran i bolały niczym przebijane ostrzem przy każdym kroku.
Wcale nie chciałam Cię odnaleźć.
Raczej uciekałam od Ciebie.
A jednak dotarłam do niechcianego celu.
A jednak znalazłam Szklaną Górę z opowieści starców.
A jednak…
Wcale nie chciałam walczyć z Panią zamku. Wcale nie chciałam.
A jednak najęłam się na służbę, żeby dotrzeć do Twojej komnaty. Tej, w której spałeś snem głębokim od zmierzchu do pierwszej jutrzenki.  A jednak biegłam co wieczór po pięciu tysiącach siedmiuset trzydziestu sześciu schodach, żeby móc Ci powiedzieć, że tu jestem, chociaż wiedziałam, że i tak mnie nie słyszysz, otumaniony zielem Czarownicy. A jednak czekałam przy Twoim łożu, bo może chociaż raz nie wypiłeś naparu przed snem.
A jednak…
Właściwie nawet nie chciałam, żebyś mnie zobaczył, nie chciałam, żebyś się dowiedział, że tu jestem i pracuję dzień w dzień w kuchni, że dźwigam wodę ze studni i kamienie z ogródka. Właściwie nie chciałam Cię ratować.
A jednak wysłałam do Ciebie mrówkę. A jednak wysłałam do Ciebie pszczołę. A jednak wysłałam do ciebie gołębicę, żeby wytrąciła ci puchar z ręki, kiedy już brzeg jego zbliżał się do Twoich ust.
A jednak…
Ilustracja - Julia Bui Ngoc
Wieczorem wspięłam się na pięć tysięcy siedemset trzydzieści sześć schodów, chociaż nie chciałam i z drżeniem serca weszłam do Twojej komnaty.
Spojrzałam na łoże. Puste. Spojrzałam na puchar. Przewrócony. Spojrzałam na wywar. Wylany. Spojrzałam na pościel. Nietknięta.
Spojrzałam na okno. Stałeś i patrzyłeś w dal przez szklane okrągłe płaszczyzny-plastry z jasnożółtego i białego szkła. Była pełnia. To ma znaczenie. Tak mówią.
Nie drgnąłeś nawet kiedy…
Odwróciłeś się i spojrzałeś mi prosto w oczy.
Nawet nie wiem, czy mnie poznałeś.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
Nie chciałam Cię stąd zabierać.
A jednak złapałam twoją rękę i pociągnęłam w kierunku drzwi.
A jednak zbiegłam z tobą po pięciu tysiącach siedmiuset trzydziestu sześciu schodach, ciągnąc cię za sobą jak szmaciana lalkę. Byłeś nieobecny, ale pozwalałeś się prowadzić, jak opętany księżycem.
A jednak wyprowadziłam cię za mury, skradając się w cieniu.
A jednak…

Pobiegliśmy. A raczej ja pobiegłam, bo ty ciągle byłeś nie sobą.
Zdążyliśmy tylko dobiec do lasu, kiedy Pani zamku odkryła naszą ucieczkę.
Nie pomagałeś mi w żaden sposób.
Musiałam się martwić o siebie i o ciebie, chociaż wcale tego nie chciałam.
Nie chciałam ukraść jej z zamku tego, którego miała w swej mocy.
Nie chciałam ciągnąć cię przez las w niewiadomą przyszłość.
Nie chciałam uciekać.
Nie chciałam być goniona.
A jednak biegłam przed siebie.
I rzuciłam zwierciadełko, które zmieniło się w jezioro i zatrzymało Wiedźmę na czas pewien.
I rzuciłam grzebień, który zmienił się w las gęsty i zatrzymał Czarownicę na parę mil.
I rzuciłam za siebie klucz od studni, który zmienił się w przepaść i zatrzymał Wróżbicę na kilka chwil.
A potem już nic mi nie zostało.
Tylko własne siły.
Ale i ich zabrakło.
I myślałam tylko, szybciej niż wiatr, dlaczego właściwie biegnę przed siebie, skoro nie chcę uciekać, nie chcę cię ratować, nie widzę sensu. A jednak tylko to już mi pozostało.
Tylko biec.
Ciągle przed siebie.
Nie znając celu.
I nie poznałam go nawet wtedy, kiedy Wilk Nadrzewny rzucił się na nas.
Nie znałam sposobu obrony.
Nie umiałam uchronić nas przed nim.
A jednak ty ocalałeś.
Bo zwierzę rzuciło się na mnie, wbrew temu co sądziłam przedtem, nie na nas.
Ty padłeś obok, nadal pozostając zaklętym.
Nie ruszyłeś się nawet, kiedy wielka łapa pazurami rozorała mi ramię.
Nie wydałeś z siebie żadnego dźwięku, kiedy krzyczałam z bólu i rozpaczy, że wszystko na nic.
Patrzyłeś przed siebie i kiedy spojrzenie twoich niewidzących oczu skrzyżowało się z moim, zrozumiałam, że na nic zdało się wytrącenie pucharu. Zrozumiałam, że nie widziałeś mnie, kiedy przyszłam, nie widzisz i teraz. Zrozumiałam, że czar jest w tobie. I nie da się go ominąć.
Nie tak.
Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłam były moje poranione stopy w żelaznych trzewiczkach.
I twoje oczy, patrzące pustymi zwierciadłami przed siebie.
Nie na mnie.
Nie na świat.
Nie patrzące.

1 komentarz:

Barbara Silver pisze...

Po przeczytaniu tego tekstu przypomniał mi się mit o Selene i Endymionie, o tym jak to Zeus darował mu ponoć wieczną młodość w zamian za wieczny sen. A biedna Selene, czyli bogini Księżyca, bez skutku próbowała go zbudzić, zakoffana w jego marmurowej urodzie.
Ta jak i ta twoja, to bardzo smutne opowieści. Szkoda, że nie ma w nich żadnych nazw, imion, które można by do czegoś przypasować, co by znaleźć ich źródło.

Pozdrawiam serdecznie :))