wtorek, 14 sierpnia 2007

"źRóDłO"












Najnowszy obraz Darrena Aronofsky'ego to bogata wizualnie, mistycznie poetycka podróż w sferę życia i śmierci. "Źródło" jest filmem niezwykle plastycznym, wykorzystującym swoją formę dla pokazania szczególnej złożoności ludzkiego istnienia. Ukierunkowanie się tutaj na metafizykę, to podstawa filmu autora"Pi" . Trzy plany, trzy rzeczywistości, które łączy ta sama potrzeba odpowiedzi. Wyjaśnienia odwiecznego pytania, czym jest życie, kiedy się ono kończy, a kiedy zaczyna? Wreszcie, czy można żyć wiecznie? Większość religii świata mówi wprost - życie się nie kończy, to tylko nasza ziemska powłoka umiera.

Aranofsky wydaje się szukać na to odpowiedzi we wszechświecie. To kosmos, wciąż niezbadany i nieodkryty, kryje w sobie tajemnicę wszelkiego powstania. Kiedy reżyser pokazuje bardzo metaforyczną wizję przyszłości, o ile to w ogóle przyszłość, skierowana jest ona właśnie na kosmos. To jedna z wizji głównego bohatera, granego niespodziewanie wrażliwie przezHugh Jackmana . W niej to zamknięty w przezroczystej kuli mężyczna, przemierza mgławicę gasnącej gwiazdy, w oczekiwaniu na wybuch supernovej, a tym samym nadejście nowej życiowej energii.

Sekwencje kosmiczne, niezwykle barwne, malownicze, a jednocześnie spektakularne są dopełnieniem tego, co dzieje się w planie realnym. To w nim bohater próbuje znaleźć substancję zwalczającą śmiertelną chorobę. Czyni to pełen determinacji i poświęcenia, walcząc jednocześnie z czasem, którego coraz bardziej mu brakuje, ponieważ z każdym kolejnym dniem stan jego zony Izzi, się pogorsza. W postać chorej kobiety wcieliła się z powodzeniem pełna ciepłaRachel Weisz . Ta część dotyka już bardziej nieuchronności i pogodzenia się ze śmiercią. To walka wciąż niemożliwa do wygrania. Tym bardziej wymaga pogodzenia się z faktem, że śmierć jest integralną częścią życia.

Dowodzi tego trzecia odsłona cofająca nas w przeszłość. W niej z kolei, na życzenie królowej Hiszpanii, oddany jej konkwistador dociera do źródła życia, do legendarnego drzewa, które wyrosło z "ojca wszystkiego", tuż po jego śmierci. Według starego mitu Majów, oddał on w ofierze swoje życie, aby mogło ono narodzić się dla reszty świata. Odnalezienie przez Hiszpana mitycznego drzewa i to czego ten doświadcza, może natomiast posłużyć twierdzeniu, że źródłem życia jest z kolei śmierć.

Sztuka tego magicznego obrazu polega na wielorakiej jego interpretacji, na filozoficznym ujęciu tematu. To są jedynie tropy, wskazane przez twórcę obdarzonego wielką wyobraźnią i równie wielką plastyczną wrażliwością. Jeśli czegoś mamy tu za dużo, to może jedynie finał, który celebrowany jest zbyt długo. Na chwilę tonie on w fajerwerku światła, dźwięku, jakiegoś ponadwymiarowego spektaklu. Obrazowo wszystko jest bardzo ładne, ale jakby już nadużyte. Rzecz jasna nie wpływa to znacząco na końcowy, wysmakowany efekt.

"Źródło" jest jak bajka. W odróżnieniu jednak do klasycznych baśni jest pozycją niepokojącą i zawiłą. Za to pełną pytań, osobliwego czaru i duchowego przesłania. To piękny film, wymieszany stylowo i gatunkowo. Zdecydowanie jest godnym polecenia kawałkiem osobliwego, indywidualnego kina dla wszystkich tych, co szukają w nim rzeczy oryginalnych, niepowtarzalnych i zagadkowych.

(recenzja ze strony www.stopklatka.pl, Artur Cichmiński)


O FILMIE.


Od pomysłu do realizacji

Podejmujące rozległą tematykę w kameralny sposób "Źródło" jest opowieścią o miłości i zmaganiu się ze śmiercią, rozgrywającą się w trzech różnych płaszczyznach czasowych. Darren Aronofsky wpadł na ten pomysł w chwili, gdy zorientował się, że choć wiele krańcowo odmiennych kultur w różny sposób podejmuje temat życia wiecznego, zazwyczaj w filmach wątek ten przybiera kształt poszukiwań Źródła Młodości.

"Pragnienie, aby żyć wiecznie, jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze - sugeruje Aronofsky. - Wystarczy spojrzeć na popularność programów telewizyjnych w rodzaju "Dom nie do poznania" czy serialu "Bez skazy". Ludzie pragną być młodzi, zapominając, że śmierć jest częścią życia. Szpitale wydają mnóstwo pieniędzy na podtrzymanie życia swoich chorych. My sami tak jesteśmy zajęci podtrzymywaniem swej formy fizycznej, że zapominamy o duchu. Dlatego chciałem zapytać w swoim filmie: "Czy to nie śmierć czyni z nas ludzi? Czy gdybyśmy żyli wiecznie, nie stracilibyśmy swego człowieczeństwa?"

Aby stworzyć historię, która mogłaby precyzyjnie przekazać ten zamysł, potrzebny był jakiś innowacyjny pomysł. "Coś, co zaczęło się od zapisków na serwetce w restauracji w 1999 roku, przeszło wiele reinkarnacji" - wyznaje reżyser i scenarzysta.

"Darren myślał o szkatułkowej strukturze narracji, zanim jeszcze znaliśmy imię głównego bohatera" - dodaje Eric Watson.

W pewnej chwili Aronofsky nabrał pewności: "Obudziłem się w środku nocy, spojrzałem na stos notatek i pomyślałem, że muszę nakręcić ten film, bo mam go we krwi".

Aronofsky tak skonstruował swą opowieść, by rozgrywała się w trzech odległych epokach. Ale znając tyle różnych wyobrażeń - mitycznych i artystycznych - na temat Źródła Młodości, musiał się zastanowić, które z nich najlepiej wyrażać będzie ideologię filmu. Współautor scenariusza, Ari Handel, wyjaśnia: "Zaczęliśmy od przejrzenia dokumentacji dotyczącej kultury Majów, potem zajrzeliśmy do Biblii. Przekonaliśmy się, że w wielu przekazach Źródło Młodości jest symbolizowane przez coś żywego, organicznego i zarazem dającego siłę".

Pamiętając o tym Aronofsky stworzył filmowe Drzewo Życia, które pojawia się jako Źródło Młodości w opowieści o konkwistadorze. W XXVI wieku Tom wyrusza na mgławicę Xibalba, która staje się futurystyczną wersją Źródła.

"Tym, co zawróciło moją uwagę w scenariuszu, była jego duchowość - zauważa producent Iain Smith. - A ponieważ duchowość nie wiąże się z żadnym systemem wiary, odbierana jest jako rodzaj magii".

W wyniku połączenia różnych mitologii narodził się nowy mit, pochodzący wprawdzie z innego świata, ale w jakiś sposób bliski.

Jeden człowiek. Jedna miłość. Jedno dążenie. Jedno przeznaczenie.

Znając solidne przesłanie swego zamysłu, Aronofsky zaczął szukać motywacji dla postaci, która rzuciłaby się z pasją na poszukiwanie Źródła. Thomas Creo - jako konkwistador, naukowiec i astronauta - ma wytyczony cel i pasję. Ale opowiadanie o człowieku, który nie chce zaakceptować swego losu i losu tych, których kocha, jest dziś wyzwaniem szczególnym. "Trudno teraz opowiadać o dążeniu do nieśmiertelności. Dlatego historia Thomasa została przeniesiona na różne płaszczyzny czasowe, w wiek XVI i XXVI - mówi Aronofsky. - Ale "Źródło" nie jest filmem o podróży w czasie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. To bardziej trzy przenikające się spojrzenia na trzy okresy, w których żyją postacie będące częściami tej samej osoby".

Chociaż tysiącletnia rozpiętość czasowa nadaje opowieści o Thomasie epickiego rozmachu, czas jest jej największym wrogiem. Wszystkie trzy historie dotyczą wyścigu z czasem w imię miłości. Konkwistador Tomas szuka Źródła Młodości, by ochronić swoją królową przed wrogiem, który poprzysiągł jej zemstę. Naukowiec Tommy próbuje wynaleźć lek na raka, zanim pokona ją choroba. A astronauta Tom, który żyje poza czasem należnym przeciętnemu człowiekowi, ciągle szuka sposobu, by połączyć się ze swą zmarłą ukochaną.

"W swej istocie "Źródło" jest prostą historią miłosną o stracie kogoś i o tym, jaka płynie z tego nauka" - mówi Aronofsky, jednocześnie dodając: "W każdym wcieleniu Thomas kocha Izzi tak głęboko, że zrobi wszystko, aby zatrzymać ją przy życiu. Ostatecznie uświadamia sobie, że dążąc do tego, by być z nią na wieczność, przegrywa teraźniejszość".

Postać Tomasa/Tommy'ego/Toma jest złożona. Kocha bezgranicznie, szuka kontroli nad zjawiskami, które kontroli się wymykają. Musi nauczyć się akceptacji. Aktor, który miałby ją zagrać, musi mieć ogromne możliwości i wielką wytrzmałość. Takim aktorem według Aronofsky'ego jest Hugh Jackman, który swą sławę zawdzięcza postaci Wolverrina z cyklu "X-Men", a który sprawdził się w brawurowej kreacji Petera Allena, piosenkarza i twórcy piosenek, w musicalu "The Boy from Oz". Ta rola przyniosła Jackmanowi nagrodę Tony i status gwiazdy sceny i ekranu.

"Kiedy po raz pierwszy czytałem scenariusz, poczułem zapał i nadzieję - mówi Hugh Jackman. - Ta historia to współczesny mit, a moim zdaniem mity to historie, które pomagają nam zrozumieć sens życia. Ponieważ jednak trudno zdefiniować go do końca, próbujemy za pośrednictwem mitów zbliżyć się do istoty i poczuć się, jakbyśmy to zrozumieli. Nie ma w nich naukowej precyzji, lecz w jakimś sensie objaśniają nam świat. Tak odczytałem "Źródło", które wprawdzie przenosi nas w światy fantastyczne, ale zmagania Thomasa są bardzo ludzkie. Innymi słowy, Thomas pojawia się w każdej scenie filmu, a wszystkie trzy role składają się na jednego człowieka. Mógłbym marzyć, by zagrać trzy takie postacie w trzech różnych filmach, ale nawet mi się nie śniło, by taką szansę dostać w jednym filmie. Byłem gotów warować u drzwi Darrena dopóki nie dałby mi tej roboty" - śmieje się aktor.

Zapał Jackmana nie pozostał niezauważony. "Wiedzieliśmy, że będzie to rola wymagająca od aktora sprostaniu trudnych zadań natury zarówno psychicznej, jak i fizycznej - mówi Eric Watson. - To musiał być aktor gotowy na takie wyzwania".

Paradoksalnie o zaproponowaniu roli Jackmanowi nie zadecydowała jego sztandarowa postać Wolverine'a. Aronofsky przekonał się do Jackmana oglądając go w musicalu "The Boy from Oz".

"Hugh miał w tym spektaklu tyle charyzmy - mówi Aronofsky. - Grał dla 3 tys. widzów, ale każdy mógł to odebrać jako widowisko wyłącznie dla niego. Poszedłem za kulisy i dałem mu scenariusz. Następnego dnia rano zadzwonił, że chce to zagrać. Byliśmy wszyscy tak tym podekscytowani, że nie było wątpliwości, czy to właściwy wybór".

Watson dodaje: "Hugh miał kontrakt na jeszcze osiem miesięcy, więc musieliśmy na niego zaczekać. W tym czasie Darren i Hugh spędzali każdą wolną chwilę na dyskusji o postaci. Kiedy zaczęliśmy zdjęcia, Hugh był gotowy do roli".

"Ta postać jest wspaniała - mówi gwiazdor. - Konkwistador Tomas ma cel i trudną do pojęcia pasję. Jego oddanie wobec królowej jest zupełne. Kiedy poleca mu znalezienie Źródła Młodości, pędzi niczym strzała wystrzelona z łuku. Musi je znaleźć, jest w tym zawzięty i bezkompromisowy".

To samo można powiedzieć o Tommym, konkwistadorze XXI wieku. "Tommy jest naukowcem, patrzy na śmierć jak na chorobę, którą można wyleczyć - kontynuuje Jackman. - Jego żona Izzi próbuje mu przekazać, że być może śmierć jest wpisana w nasze życie i sprostanie jej jest miarą naszej dojrzałości. Ale Tommy ma poczucie misji: umiera mu żona, którą kocha, więc musi pokonać śmierć".

Jackman wierzy, że ta sama miłość kieruje jego bohaterem z XXVI wieku, Tomem Creo. "Kiedy Izzi odeszła, spotykamy Toma przemierzającego kosmos z Drzewem Życia. Przeniósł swoją miłość z Izzi na Drzewo: dopóki żyje Drzewo, żyje i ona. W końcu zrozumiał, że nie mógł jej uratować, ale może ocalić Drzewo. To Izzi opowiedziałą Tommy'emu o Xibalbie - kiedy mgławica eksploduje, żyjące wokół niej dusze powrócą do życia. Tom ma nadzieję, że jeśli dotrze tam z Drzewem, znów on i Izzi będą razem".

Taka jest ostatnia wola ukochanej, a Tom w nią wierzy. Ale nawet przemierzając kosmos Tom próbuje oszukać śmierć. Mimo minionego tysiąca lat ciągle nie pojął lekcji, którą przekazała mu żona.

"Tommy zdaje sobie sprawę z nieuchronności śmierci i wie, że to nastąpi - mówi Jackman. - Ale chce wiedzieć, dlaczego ona musi nadejść? Przed wiekami życie ludzkie trwało góra 40 lat, dziś dożywamy 80. A dlaczego nie dwustu albo czterystu lat? Dlaczego nie potrafimy rozwiązać tego, że życie musi kończyć się śmiercią?".

Szukanie odpowiedzi na to pytanie prowadzi bohatera na dno rozpaczy. "Tommy jest załamany, że nie potrafił ocalić Izzi, a jeszcze bardziej żałuje, że nie poświęcił jej dość czasu, kiedy żyła. Ale z natury jest człowiekiem aktywny, więc prze do przodu".

Aronofsky potwierdza: "Zajmie mu to więcej czasu niż Izzi, ale wreszcie zrozumie istotę tej podróży".

Jackman nie tylko musiał być przygotowany na emocjonalne zawiłości, wynikające z konieczności zagrania trzech ról, ale również na wymagania kondycyjne, związane z każdą fazą filmu. W części dotyczącej Hiszpanii, w trakcie przedzierania się do zaginionej świątyni Majów Tomas musi zmierzyć się z przeciwnikiem walczącym płonącym mieczem. Aby się przygotować, aktor przez 14 miesięcy studiował tai chi i jogę. Część futurystyczna wymagała od niego również ogolenia głowy.

Zdaniem Aronofsky'ego: "Hugh dał nam z siebie wszystko, aby ożywić Tommy'ego, jednak aby właściwie odebrać naszą historię, widz musi być przekonany o głębokości uczucia łączącego Tommy'ego i Izzi".


"Razem będziemy żyć wiecznie"

Prowadzone przez Aronofsky'ego poszukiwania aktorki, która mogłaby wcielić się w obiekt niekończącej się miłości Toma, doprowadziły go do Rachel Weisz, laureatki Oscara za rolę w filmie "Wierny ogrodnik". Weisz portretuje zarówno Izabelę, królową Hiszpanoo, jak i Izzi, chorą żonę Tommy'ego Creo, w części współczesnej.

"Scenariusz był jednym z najbardziej rozweselających utworów, jakie w życiu czytałam - twierdzi aktorka. - Był tak pełny emocji i jednocześnie prowokujący, że pod koniec płakałam jak bóbr".

Szczególnie zaciekawiło aktorkę przejście jej bohaterki do współczesności: "Izzi jest bardzo uporządkowaną osobą. Wie wprawdzie, że będzie musiała umrzeć wcześniej niż by chciała, ale akceptuje swój los i potrafi się z tym pogodzić. Jest bardzo dzielna".

Wtrąca się Aronofsky: "Każdy chciałby stawić czoło śmierci jak Izzi. Jest w pełni życia, ale będzie musiała się z tym rozstać, zostawić wszystko, co kocha, i czyni to z autentycznym wdziękiem".

"Gdybym była na jej miejscu, chciałabym mieć jej odwagę - mówi Weisz. - Tak wielu ludzi odchodzi rzucając się i krzycząc".

Aby stworzyć postać, która byłaby emocjonalnie gotowa przejść od życia do śmierci, Aronofsky i Handel rozmawiali z pielęgniarkami, które opiekują się śmiertelnie chorymi. Handel ujawnia: "Większość z nich uważa, że ludzie w jakimś stopniu godzą się ze śmiercią, nawet jeśli ten moment akceptacji nadchodzi tuż przed ostatnim tchnieniem".

Aronofsky potwierdza: "Często rodziny śmiertelnie chorych mają trudności z rozstaniem się z bliskimi".

Tak jest w przypadku Tommy'ego, który ucieka przed śmiercią Izzi, zamiast zrozumieć, że ona już pogodziła się z losem. Mówi Weisz: "Kiedy Izzi daje Tommy'emu swój rękopis i prosi "zakończ to", w istocie mówi mu - naucz się być ze sobą, nie czuj się winny, że nie udało ci się mnie uratować, naucz się akceptować swą śmiertelność i wreszcie pierwszy raz w życiu przestań się bać".

"Izzi pragnie, by Tommy towarzyszył jej w chwili jej odejścia - dodaje Handel. - Chce podzielić się tym doświadczeniem z kimś z kim spędziła swoje życie. Chce umrzeć w jego obecności".

"Od samego początku Izzi powtarza Tommy'emu - OK., umieram i już się z tym pogodziłam, ale czy ty będziesz przy mnie w tej chwili? Czy będziesz ze mną patrzył w gwiazdy, czytał moje książki, czy wyjdziesz na pierwszy śnieg? - mówi Watson. - Ale Tommy nie może tego zrobić, bo czuje, że jeśli pogodzi się ze śmiercią Izzy, to ją zawiedzie, więc ciągle walczy".

"Bo dla Tommy'ego to kwestia przeciwstawienia nadziei i akceptacji - wyjaśnia Jackman. - Jeśli ktoś choruje, starasz mu się pomóc. Tommy okazuje Izzi swój optymizm, musi wierzyć, że ją ocali".

Istotnie, to jedyny sposób w jaki Tommy może sam siebie ocalić.

Weisz tak podsumowuje ich związek: "Między Tommym i Izzi jest bardzo silna więź. Ona pogodziła się z losem i cierpliwie powtarza Tommy'emu z miłością - żyj pełnią życia i umieraj całą pełnią. Całą odwagę, na jaką się zdobywasz walcząc ze śmiercią i broniąc mnie, zachowaj na chwilę spotkania ze śmiercia, bo to jest prawdziwa wolność".

W filmie gra także Ellen Burstyn, laureatka Oscara, Złotego Globu i nagrody Tony, która za rolę w "Requiem dla snu" Aronofsky'ego dostała swą szóstą nominację do Nagrody Akademii. W "Źródle" wciela się w dr Lillian Guzetti, mentorkę Tommy'ego, która darzy specjalną sympatią Izzi w wykonaniu Weisz. "Ellen powiedziała mi, że byłoby lepiej, gdybym miał w tym filmie rolę dla niej. To się dobrze złożyło, bo postać Lilly pisałem z myślą o niej - wyznaje Aronofsky. - Jest ona wspaniałym łącznikiem między Tommym i Izzi".

"Lilly jest mentorką Tommy'ego i przyjaciółką Izzi - wyjaśnia Burstyn. - Myślę, że podziwia postawę Izzy wobec śmierci i z całego serca chce pomóc Tommy'emu w towarzyszeniu żonie w jej ostatnich chwilach. Próbuje mu tom powiedzieć, ale on tego nie słyszy. Lilly i Tommy są naukowcami, więc ona potrafi się z nim identyfikować. Zdaje sobie sprawę, że proszenie Tommy'ego o rezygnację z walki z chorobą żony jest jak proszenie go o wyparcie się samego siebie".

Burstyn, podobnie jak jej partnerzy, była zafascynowana problematyką filmu. "To są tematy uniwersalne. Cały czas próbujemy odsunąć śmierć od siebie, kiedy inne kultury oswajają się z nią. Buddyści medytują o śmierci, podświadomie pamiętają, że każdy moment naszego życia umiera, zanim zdamy sobie z tego sprawę. Próbując zatrzymać ten moment z lęku przed przemijaniem jest życiem w stanie śmierci, bowiem tylko żywi mogą przeżywać teraźniejszość".


Drzewo życia

Aby stworzyć trzy światy "Źródła", potrzeba było doświadczonego zespołu ekspertów. Na szczęście Aronofsky zebrał taki zespół wokół własnego studia Protozoa Pictures. Wielu z tych ludzi pracuje z nim od początku.

"Kręcenie filmów to dla nas sprawa rodzinna" - mówi Eric Watson. Przypomina, że już pierwszego dnia zdjęć reżyser i scenarzysta, który starannie dobierał ekipę, zadeklarował: "Wszyscy jesteśmy autorami tego filmu".

"Kiedy kręciliśmy "π", było nas ośmioro, więc o tę rodzinną atmosferę nie było trudno - wspomina Watson. - Codziennie nana Darrena przynosiła na plan świeże bułeczki. Teraz nieoczekiwanie jest nas 300 osób, ale ciągle nasze filmowanie jest procesem niezwykle intymnym. Gdybyś nie umiał się porozumieć z ekipą i aktorami, to jak mieliby zrozumieć, o co ci chodzi?".

Ale Aronofsky wytworzył między sobą i ekipą specyficzny sposób porozumiewania się - wszyscy rozumieją się niemal bez słów.

"Nigdy nie byłam na podobnym planie filmowym - przyznaje Weisz. - Darren od początku pracuje z tym samym operatorem i z tym samym scenografem. Kiedy przebywa się na planie wraz z nimi, czuje się niesamowite wsparcie. Odnosiłam czasem wrażenie, że obcując z tymi mądrymi ludźmi wokół wręcz dotykam gorącego źródła kreatywności".

Reżyser powinien także znaleźć czas na podszkolenie swoich aktorów. "Jestem przekonana, że to reżyser szanujący aktorów - dodaje Weisz. - Zanim weszliśmy na plan i zaczęliśmy zdjęcia, mieliśmy kilka tygodni prób. Bywały dni, kiedy Hugh i ja siedzieliśmy wykończeni i przekonani, że daliśmy z siebie wszystko, a Darren mówił "OK, zróbcie to jeszcze raz". Wracaliśmy więc na plan, powtarzaliśmy ujęcie, a potem jeszcze raz. Darren potrafi tak poprowadzić aktora, że w końcu przestaje myśleć o tym, co robi, a wtedy powstaje prawdziwa kreacja. Dla aktora to jak droga do nieba - tego oczekuje się od swego reżysera".

"Wierzę mu - wyznaje Jackman. - Ma naturę przywódcy. Ale jednocześnie obdarzony został charyzmą. Chce, aby wszyscy z nim współpracowali, przekonuje, że każdy z nas kręci film, że tę historię opowiadamy wszyscy razem".

"Każdy element podporządkowany jest przybliżeniu przesłania tej opowieści - dodaje Handel. - Nie ma różnicy, czy pracujesz przy kostiumach, oświetleniu czy rekwizytach - wszystko składa się na to, byśmy najlepiej jak umiemy przekazali tę historię".

Realizacja "Źródła" w jakimś stopniu przypominała kręcenie trzech wzajemnie się uzupełniających filmów krótkich. "Część pierwsza jest wręcz mityczna, opowiada o hiszpańskich konkwistadorach i pięknej, tajemniczej królowej. Część środkowa - współczesna - to szczególny materiał dla aktorów, zawierający sekwencję bardzo emocjonalnych scen. A część trzecia, gdy Tom przemierza kosmos wśród pobłyskujących mgławic, jest metafizyczna, niemal psychodeliczna - precyzuje reżyser. - To było naprawdę fajnie, bo co kilka tygodni wgryzaliśmy się w inne tysiąclecie, stawiające coraz to nowe wyzwania".

Opisując atmosferę na planie Burstyn wspomina: "Czułam się tak, jakbym przechodziła przez wioskę zamieszkaną przez rzemieślników różnych branż. Jedni wyrabiają biżuterię Majów, inni budują statek kosmiczny. Każda z faz filmu - przeszłość, teraźniejszość i przyszłość - była filmowana na innym planie. To było zaskakujące, ale podobało mi się".

Fabuła wymagała od ekipy Aronofsky'ego wielkiego wysiłku w stworzeniu więzi łączących poszczególne płaszczyzny czasowe filmu. Pracując z operatorem Matthew Libatique'iem, scenografem Jamesem Chinlundem, montażystą Jayem Rabinowitzem, specjalistami od efektów wizualnych Jeremym Dawsonem i Danem Schreckerem, charakteryzatorem Adrienem Morotem, kostiumologiem Renée April oraz kompozytorem Clintem Mansellen, Aronofsky tak dopracował wszystkie elementy filmu, by nic nie przeszkadzało w płynnym odbiorze trzech następujących po sobie opowieści.

Operator Matthew Libatique fotografował wszystkie filmy Aronofsky'ego, począwszy od etiud w szkole filmowej AFI. "Od początku wiedziałem - wyznaje - że bardzo wiele będzie zależeć tu od wizualnej warstwy filmu".

Ta zależność wymagała określenia palety barw. "Pierwszy film, jaki nakręciliśmy wspólnie z Darrenem, był czarno-biały. Od tego czasu wiemy, że ograniczenie palety barw jest znakomitym sposobem na podkreślenie tego, co chcesz powiedzieć - zauważa Libatique. - Kolorystyka tego filmu plasuje się między bielą i złocieniem. Są kolory, ale w tonacji ziemi. Sam wykonałem szereg fotografii, które pomogły mi określić wizualne różnice pomiędzy wszystkimi trzema płaszczyznami czasowymi. To był mój sposób na zorientowanie się, na ile udało mi się osiągnąć zamierzoną spoistość".

Scenograf James Chinlund zaprojektował wiele różnorodnych planów filmowych, począwszy od sali tronowej królowej Izabeli w Sewilli, pełnej kolumn i ornamentów, oświetlonej światłem świec, poprzez warownię Majów w dawnym Meksyku, współczesne laboratorium Tommy'ego Creo, którego kolorystyka i gra świateł jest leitmotywem przewijającym się przez wszystkie opowieści, i wzbijające się w niebo Drzewo Życia, wzniesione na chwałę nieśmiertelności, której Thomas poszukuje, aż do statku kosmicznego, dzięki któremu Tom natrafia na swoje odkrycie.

"Największym wyzwaniem było Drzewo - przyznaje Chinlund. - Można dostrzec delikatne zaburzenia naturalnej struktury, które zachowaliśmy". Chinlund przyznaje, że efekt końcowy przypomina... Frankensteina. Na jeziorem w północnym Quebeku znaleźliśmy wspaniałe odpady drzewne i zestawiliśmy je razem. Gałęzie i korzenie są w większości naturalne. Nasz dział rzeźbiarski obudował fragmentami pni i gałęzi kory wysoki stalowy trzpień. Wszystko zostało potem uzupełnione korą, prawdziwą i sztuczną, oraz pomalowane. Powstała najprawdziwsza hybryda".

Drzewa Chinlunda zostało przewiezione przez Toma Creo na odległą mgławicę Xibalba na krańcu wszechświata, a rozmiar tej podróży uświadomił Aronofsky'emu i jego ekipie, jak powinien wyglądać ich statek kosmiczny. "Zazwyczaj w filmowych wyobrażeniach statków kosmicznych jest mnóstwo fluorescencyjnych ekranów i innych gadżetów - mówi reżyser i scenarzysta. - Mają one jedynie zadziwić widza. Postanowiliśmy więc ograniczyć nasz statek do jego podstawowej funkcji - czyli do przeniesienia Toma i drzewa do określonego miejsca wszechświata, ale bez tracenia spektaklu, jakim jest taka podróż".

Efekt bardziej przypomina bańkę mydlaną niż prom kosmiczny. "Za 500 lat technologia będzie się znacznie różnić od obecnej, w tym statku kosmicznym nie będzie nawet guzików kontrolnych i ekranów - zauważa Watson. - W pojeździe Toma jest coś magicznego, coś niedookreślonego. Nie wiadomo, jak załadował swoje drzewo, nie wiadomo też, jak kontroluje przebieg lotu. Ale warto usiąść wygodnie w fotelu i śledzić tę podróż".

Aby osiągnąć zakładaną, pobudzającą wyobraźnię wizję plastyczną, zespół efektów specjalnych zaprojektował taki obraz przestrzeni kosmicznej, jakiego nie uda się osiągnąć wyłącznie przy użyciu efektów komputerowych. Aronofsky wyjaśnia: "Skoro zdecydowaliśmy się na przezroczysty statek kosmiczny, musieliśmy zastanowić się, jak ma wglądać kosmos. Chciałem zaoferować widzom coś innego niż się zwykle pokazuje na ekranie - coś organicznego".

Aby osiągnąć ten cel, Jeremy Dawson i Dan Schrecker ze studia efektów Amoeba Proteus, poprosili angielskiego fotografa Petera Parksa o wykonanie serii mikrofotografii reakcji chemicznych przeprowadzonych w laboratoryjnych naczyniach Petriego.

Dawson zauważa: "Faktura świata z fotografii Petera przypomina zdjęcia wykonane przez teleskop Hubble'a. Po powiększeniu zobaczyliśmy w nich nasz kosmos".

"Najciekawsze, że w rzeczywistości obszar fotografowany przez Petera nie był większy niż wymiary znaczka pocztowego - dodaje Schrecker. - Żaden z elementów, jakiego użyliśmy do stworzenia wizji kosmosu nie został wygenerowany komputerowo - wszystko jest kolażem autentycznych fotografii".

W odpowiednim powiększeniu te mikroskopijne zjawiska wyglądają jak złocista mgławica. "Spodobał mi się pomysł, by coś tak małego udawało coś tak wielkiego - dodaje Aronofsky. - To rodzaj ukłonu w stronę tematyki naszej opowieści".

Wyobrażenie, jakie miał Aronofsky na temat pojazdu Toma i obrazu kosmosu, zaważyło na innych elementach scenografii. "To była zasadnicza wskazówka Darrena jak ma wyglądać cały film - uważa Labatique. - Nie chcieliśmy, by nasz film powielał dzisiejsze techniki filmowania, toteż zdecydowaliśmy się na zarejestrowanie kamerą tak wielu elementów, ile tylko możliwe. Oczywiście, korzystaliśmy z techniki green-boxu, ale na tych zielonych ekranach mieliśmy elementy, które wcześniej sami sfilmowaliśmy".

Iain Smith wyjaśnia zamysł: "Darren twierdzi, że efekty wizualne mają jedynie wzmocnić i poszerzyć fabułę, zaś film powinien być kręcony z serca".

Ale nie można powiedzieć, że film nie oferuje porywających efektów świetlnych. Specjalista od specjalistycznej charakteryzacji, Adrien Morot, ujawnia, że w jednym przypadku osiągnięcie zamierzonego celu zabrało mu aż pięć miesięcy. "To jest scena, kiedy Tomas pije sok Drzewa Życia. Chwilę potem w konwulsjach upada na ziemię, a z jego ciała zaczynają wyrastać kwiaty i trawa. Darren chciał, by ta scena została nakręcona bez użycia animacji komputerowej".

Oczekiwanie reżysera skłoniło Morota do powrotu do czasów, kiedy efekty komputerowe były jeszcze niemożliwe. "Ostatecznie wzięliśmy duży plastikowy pęcherz i na wierzchu przykleiliśmy liście i kwiaty. Kiedy został napełniony powietrzem, wyglądał jak prawdziwy bukiet. Zrobiliśmy 60 takich bukiecików, jeden nawet włożyliśmy Hugh w usta, a rurkę doprowadzającą powietrze ukryliśmy w jego brodzie - opowiada Morot. - Osobną kwestią było wybudowanie takiej pompki, która napełniłaby powietrzem wszystkie pęcherze jednocześnie. Wymagało to mnóstwa energii".

"Wyjątkowość filozofii Darrena - mówi kostiumolog Renée April - polega na tym, że liczy się nie tylko produkt końcowy, ale cały przebieg realizacji filmu. W Hollywood to niezwykłe. Kiedy ubieraliśmy Majów, musieliśmy myśleć o każdym szczególe - od ich strojów poprzez fryzury aż do kości, jakie nosili dla ozdoby".

Szczególnym wyzwaniem dla April była suknia królowej Izabeli, pobłyskująca kaskadą kolorów złota i oliwki, z deseniem w kształcie gałęzi. W sekwencjach futurystycznych w kostiumach dominuje kolorystyka węgla i popiołu.

"Musiałam znaleźć jakiś łącznik, który połączyłby wszystkie trzy historie - nie tylko w kolorze i fakturze materiału, ale też poprzez przypomnienie, że coś pojawiło się wcześniej - przyznaje projektantka kostiumów. - Królowa ma suknię z deseniem w kształcie gałęzi. W części współczesnej Izzi okrywa się kocem, który wprawdzie ledwo widać, ale ma taki sam deseń. A na koniec Tom leci z tym wielkim drzewem - w ten sposób udało mi się połączyć wszystkie trzy okresy historyczne".

Są także bardziej wyraźne sygnały. "Postać grana przez Rachel zawsze ubrana jest na biało i niemal zawsze pojawia się na białym tle - wymienia April. - Z kolei Hugh zawsze pokazywany jest ciemności bądź w cieniu, dlatego ubrałam go na czarno".

Także kompozytor Clint Mansell postanowił zaznaczyć łączniki poszczególnych historii. "Początkowo myśleliśmy, by każda częsć miała swój motyw muzyczny - wspomina Mansell, kolejny długoletni współpracownik Aronofsky'ego. - Ale ostatecznie Darren zdecydował się na wzajemne przenikanie światów, więc ja również musiałem pomyśleć nad emocjonalnym łukiem łączącym postacie filmu w jedną całość". Ścieżka dźwiękowa filmu składa się z sześciu tematów: "Lonely Man", "Snow", "Tree of Life", "Red Dress", "Road to Awe", "Romance". "W zamyśle moja kompozycja miała być trzy- bądź czteroczęściową symfonią, która zwiastuje emocje towarzyszące opowieści, zaś punkt kulminacyjny osiąga w chwili, gdy wszystkie elementy życia Thomasa łączą się w jedną całość".

W identyczny sposób dekoracje Jamesa Chinlunda odnoszą się do motywacji i stanu emocjonalnego głównego bohatera. "Wszystkie dekoracje zostały wybudowane zgodnie z zasadą światła na końcu długiego tunelu, co najlepiej widać w kosmicznej podróży Toma. Zaczyna w ciemności i porusza się w stronę odległego światła. Aby pokazać dystans, jaki musi pokonać, użyliśmy zasłon i innych materiałów rozpraszających światło na różne sposoby".

Podobnie było w przypadku laboratorium Tommy'ego. "Okna laboratorium wychodzą ma skałę - kontynuuje Chinlund. - Pomieszczenie znajduje się pod ziemią z wyjątkiem atrium, skąpanego w białym świetle. Urządzenia laboratoryjne mają złoty odcień - co dla nas jest symbolem logiki i nauki - a co rozprasza Toma w jego dążeniu do białego światła".

Aronofsky dodaje: "Izzi jest dla Toma drogowskazem, jego jedyną prawdą - kiedykolwiek się pokaże, symbolizuje miłość i czystość".


"Zakończ to"


W filmie Izzi pisze książkę o konkwistadorze, który szuka swojej królowej, ale słowami "zakończ to" prosi Tommy'ego, by dopisał ostatni rozdział. Odkryła bowiem w swojej chorobie istotę spokoju a teraz chce, by i jej mąż odkrył to samo. Wie, że to dla niego jedyny sposób, by zakończyć swoją podróż.

"Podjęcie tej podróży z Darrenem grając Thomasa Creo było doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju - mówi wykonawca roli głównej. - Sądzę, że to piękna historia, miejscami tragiczna i wiele wyjaśniająca, miejscami zaś nawet zabawna. To opowieść o miłości, urzekająca plastycznie i skłaniająca do refleksji. Wierzę, że poruszy wielu ludzi".

A scenarzysta i reżyser dodaje: "Kiedy oglądam filmy, lubię wyruszać w podróż, lubię być w nią zabierany. Mam nadzieję, że "Źródło" zabierze widzów do miejsc, gdzie jeszcze nie byli, ale przede wszystkim chciałbym, żeby poczuli się usatysfakcjonowani".

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

MUZYKA

RóżE EUROPY
"Jedwab"



PAUL OAKENFOLD
"Southern Sun"




JANIFER LOPEZ
"(Can't Believe) This is Me"



JAM & SPOON, ft. Plavka
"Find Me"


"Right in the night"


"Kaleidoscope Skies"



TEARS FOR FEARS

"Mad World"


"Break it down again"


"Sowing the seeds of love"


"Woman in Chains"



RED HOT CHILY PEPPERS

" Otherside"


"White Snow"

DAVID LYNCH

Lost Highway












"Song to The Siren"


Long afloat on ship less oceans
I did all my best to smile
'Til your singing eyes and fingers
Drew me loving to your isle
And you sang, "Sail to me, sail to me,
Let me enfold you,
Here I am, here I am
Waiting to hold you"
Did I dream you dreamed about me?
Were you hare when I was fox?
Now my foolish boat is leaning
Broken lovelorn on your rocks
For you sing, "Touch me not, touch me not,
come back tomorrow: O my heart,
O my heart shies from the sorrow"
I am puzzled as the newborn child
I am troubled at the tide:
Should I stand amid the breakers?
Should I lie with death my bride?
Hear me sing, "Swim to me, swim to me,
Let me enfold you,
Here I am, Here I am,
Waiting to hold you"







niedziela, 5 sierpnia 2007

SYRENY


Mała syrenka

Daleko na morzu woda jest tak błękitna jak płatki najpiękniejszych
bławatków i tak przezroczysta jak najczystsze szkło, ale jest bardzo
głęboka, tak głęboka, że jej dna nie sięga żadna kotwica; trzeba by
ustawić wiele wież kościelnych jedne na drugich, aby sięgnęły od dna aż
ponad wodę. Tam na dole mieszka lud morski.
Ale nie myślcie, że jest tam tylko nagie, piaszczyste dno, nie - rosną
tam najpiękniejsze drzewa i rośliny o łodygach i liściach tak giętkich, że
poruszają się przy najlżejszym ruchu wody tak jak żywe stworzenia.
Wszystkie ryby małe i duże przemykają pomiędzy gałęziami jak ptaki w
powietrzu. W najgłębszym miejscu stoi zamek króla mórz, mury ma z
koralu, wysokie spiczaste okna z najczystszego bursztynu, a dach tworzą
muszle, które otwierają się i zamykają, w miarę jak faluje woda; wygląda
to prześlicznie, bo w każdej muszli znajdują się promienne perły, jedna
jedyna byłaby już skarbem w koronie królewskiej. Król mórz, tam na dole,
był od wielu lat wdowcem, a jego stara matka zajmowała się
gospodarstwem; była to mądra kobieta, ale dumna ze swego
pochodzenia i dlatego nosiła w ogonie dwanaście ostryg, gdy inne
wykwintne damy mogły nosić tylko sześć. Lecz poza tym była godna
szacunku, gdyż kochała bardzo małe morskie księżniczki, swoje wnuczki.
Było ich sześć, wszystkie były ładne, ale najmłodsza była najładniejsza ze
wszystkich, cerę miała tak przezroczystą i delikatną jak płatek róży, oczy
tak błękitne jak najgłębsze morze, ale tak samo jak inne nie miała nóg,
jej ciało kończyło się rybim ogonem.
Przez cały długi dzień dzieci mogły się bawić na dole w zamku, gdzie
żywe kwiaty wyrastały wszędzie ze ścian. Otwierano wielkie, bursztynowe
okna i wtedy podpływały do nich ryby, tak jak do nas przylatują jaskółki,
kiedy otwieramy okna, ale ryby przypływały zupełnie blisko do małych
księżniczek, jadły z ich ręki i dawały się głaskać.
Przed zamkiem był duży ogród z płomiennoczerwonymi i
ciemnobłękitnymi drzewami, owoce błyszczały jak złoto, a kwiaty jak
płonący ogień i ciągle poruszały łodygami i listkami. Grunt tworzył
najdelikatniejszy piasek, niebieski jak płomień siarki. Nad wszystkim zaś
unosił się cudowny, błękitny blask, wydawać się mogło raczej, że jesteśmy
wysoko w powietrzu i że mamy pod sobą i nad sobą tylko niebo, a nie, że
to dno morza. Kiedy nie było wiatru, widać było słońce; wyglądało ono jak
purpurowy kwiat, z którego kielicha lałao się światło.
Każda z małych księżniczek miała w ogrodzie swoją grządkę, na której
mogła sadzić i kopać, jak jej się podobało; jedna nadała swojej kształt
wieloryba, inna wolała, by jej grządka przypominała małą syrenę, ale
najmłodsza zrobiła swoją grządkę zupełnie okrągłą jak słońce i zasadziła
na niej tylko czerwone kwiaty, tak czerwone jak słońce. Była ona
niezwykłym dzieckiem, cicha i zamyślona; podczas gdy inne siostry
ozdabiały swoje grządki najdziwniejszymi przedmiotami, które znajdowały
w zatopionych okrętach, ona prócz czerwonych kwiatków, podobnych do
słońca tam w górze, wybrała sobie tylko jeden posąg. Był to przepiękny
chłopiec, wyrzeźbiony z białego marmuru, który spadł na dno morza przy
zatonięciu okrętu. Obok posągu syrenka zasadziła czerwoną wierzbę
płaczącą, która rosła pięknie i zwieszała swoje giętkie gałęzie aż do
piaszczystego, błękitnego dna, gdzie cień zdawał się fioletowy i kołysał
się bezustannie, tak samo jak gałęzie; wyglądało to, jak gdyby
wierzchołek i korzenie bawiły się w pocałunki.
Nie było dla syrenki większej radości, jak słuchać o świecie ludzi
mieszkających w górze; stara babka musiała wszystko opowiadać, co
wiedziała o statkach i miastach, ludziach i zwierzętach, wydawało jej się to
cudownie piękne, że tam na górze, na ziemi, pachną kwiaty; na dnie
morza one nie pachniały - i że lasy są zielone, i że ryby, które
przepływały tu pomiędzy drzewami, tam tak głośno i pięknie śpiewają, aż
rozkoszą jest słuchać; miały to być ptaszki, ale babka nazywała je
rybami, bo księżniczki inaczej nie zrozumiałyby, nie widziały przecież
nigdy żadnego ptaka.
- Kiedy skończycie piętnaście lat - powiedziała babka - pozwolę wam
wynurzyć się z wody i będziecie mogły usiąść na skałach i patrzeć przy
blasku księżyca na wielkie przepływające okręty, i zobaczycie lasy i
miasto!
Następnego roku jedna z sióstr skończyła piętnaście lat, ale inne?...
Każda z nich była o rok młodsza od poprzedniej, a więc najmłodsza
miała przed sobą jeszcze całe pięć lat do czasu, kiedy będzie mogła
wypłynąć na powierzchnię i zobaczyć świat. Ale jedna siostra obiecywała
drugiej opowiedzieć o tym, co widziała pierwszego dnia i co uważała za
najładniejsze, bo stara babka nie opowiedziała im jeszcze wszystkiego i
pozostało jeszcze tyle rzeczy, o których chciały się dowiedzieć.
Żadna nie była tak cierpliwa jak najmłodsza, ta właśnie, która musiała
najdłużej czekać i która była taka cicha i zamyślona. Czasami w nocy
stawała przy otwartym oknie i patrzyła w górę poprzez ciemnobłękitne
morze, gdzie ryby pluskały swymi płetwami i ogonami. Widziała księżyc i
gwiazdy, połyskiwały wprawdzie bardzo słabo, ale poprzez wodę wydawały
się blade i o wiele większe, niż się nam wydają; gdy prześlizgiwała się
pod nimi czarna chmura, syrena wiedziała, że to jest albo wieloryb, albo
statek z wieloma ludźmi, przepływający nad zamkiem; z pewnością nie
wiedzieli oni, że śliczna, mała syrena stała tam na dole i wyciągała białe
ręce do okrętu.
Wreszcie najstarsza księżniczka skończyła piętnaście lat i mogła
wypłynąć na powierzchnię.
Kiedy wróciła, miała do opowiedzenia tysiące rzeczy, ale mówiła, że
najpiękniej jest leżeć na piaszczystym brzegu w blasku księżyca, kiedy
może jest spokojne, w pobliżu zatoki i wielkiego miasta, gdzie światła
błyszczą jak tysiące gwiazd; słuchać muzyki, gwaru ludzi, turkotu
pojazdów, patrzeć na liczne wieże i iglice, słuchać, jak biją dzwony
kościelne; właśnie dlatego że nie mogła być tam, podobało jej się to
najbardziej.
Ach, jakże przysłuchiwała się tym opowiadaniom najmłodsza siostra!
Kiedy potem wieczorem stała przy otwartym oknie i patrzyła w
ciemnobłękitną wodę, myślała o wielkim mieście, o ruchu i gwarze, i wtedy
wydawało jej się, że aż tutaj dolatuje odgłos kościelnych dzwonów.
W rok potem druga siostra otrzymała pozwolenie wydostania się nad
wodę i popłynięcia, dokąd będzie chciała. Wypłynęła właśnie wtedy, kiedy
zachodziło słońce, i tę chwilę uważała za najpiękniejszą. Całe niebo
wyglądało jak złoto, opowiadała, a chmury - ich piękności nie mogła dość
opisać; płynęły nad nią czerwone i fioletowe, ale o wiele prędzej od nich
płynęło, jak długi biały welon, stado dzikich łabędzi wprost w słońce; i ona
płynęła do słońca, ale słońce zaszło, a różany odblask zgasł na
powierzchni morza i w obłokach.
W rok później siostra wypłynęła w górę, ta była najodważniejsza i
dlatego popłynęła aż do wielkiej rzeki, która wpadała do morza. Widziała
śliczne, zielone pagórki okryte winnicami, zamki, dwory wśród wspaniałych
lasów; słyszała, jak śpiewały ptaki, a słońce grzało tak mocno, że musiała
często zanurzać się w wodzie, aby ochłodzić rozpaloną twarz. W małej
zatoczce spotkała całą gromadę małych ludzkich dzieci; biegały zupełnie
nago dookoła i pluskały się w wodzie, chciała się z nimi bawić, ale uciekły
przerażone i wtedy przyszło małe, czarne zwierzątko, był to pies, ale ona
nigdy jeszcze nie widziała psa, a szczekał tak strasznie, że przestraszyła
się go i uciekła na otwarte morze. Ale nigdy nie zapomni wspaniałych
lasów, zielonych wzgórz i ślicznych dzieci, które pływały w wodzie, chociaż
nie miały rybiego ogona.
Czwarta siostra nie była taka odważna, została na pełnym morzu i
mówiła, że właśnie tam było najpiękniej; widzi się naokoło siebie
wielomilową przestrzeń, a niebo rozpościera się jak wielki szklany dzwon.
Widziała okręty, ale z daleka wyglądały jak mewy; zabawne delfiny fikały
koziołki, a wielkie wieloryby parskały wodą z dziurek od nosa. Wyglądało
to jak tysiące fontann dookoła.
Przyszła kolej na piątą siostrę; jej urodziny wypadały właśnie w zimie, i
dlatego widziała to, czego inne nie widziały. Morze było zupełnie zielone i
naokoło pływały wielkie lodowe góry. Mówiła, że każda z nich wyglądała
jak perła, a jednak były o wiele, o wiele większe niż wieże kościelne, które
budują ludzie. Ukazywały się w najdziwniejszych postaciach i błyszczały jak
diamenty. Usiadła na największej z nich, wszyscy zeglarze okrążali z
przerażeniem górę lodową, na której siedziała, a wiatr bawił się jej
długimi włosami. Pod wieczór niebo zaciągnęło się chmurami, błyskało i
grzmiało, góry lodowe na czarnym morzu wznosiły się i połyskiwały w
jaskrawym blasku błyskawic. Na wszystkich okrętach zwinięto żagle,
ogarnął wszystkich strach i przerażenie, ale ona siedziała spokojnie na
pływającej górze lodowej i widziała niebieską błyskawicę, spadającą
zygzakiem na błyszczące morze.
Gdy która z sióstr wypływała po raz pierwszy na morze, zachwycona
była nowością i pięknem tego, co widziała, ale ponieważ teraz jako
dorosłe dziewczyny mogły wypływać na morze, kiedy tylko chciały, było im
to już zupełnie obojętne, tęskniły znowu do domu i po upływie miesiąca
mówiły, że tam u nich na dole jest najpiękniej i że w domu jest najlepiej.
Często o wieczornej godzinie wszystkie siostry brały się za ręce i
wznosiły się rzędem wysoko na wodzie; miały przepiękne głosy,
piękniejsze niż jakikolwiek człowiek, a kiedy zbierało się na burzę i
myślały, że okręty rozbiją się, podpływały pod statek i śpiewały o tym, jak
pięknie jest na dnie morza, prosiły marynarzy, aby nie bali się zejść na
dno; ale ci nie rozumieli ich słów i myśleli, że to burza szumi, zresztą nie
oglądaliby cudów dna morskiego, bo kiedy okręt się pogrążał, ludzie
tonęli i przybywali już tylko jako trupy do zamku morskiego króla.
Kiedy wieczorem siostry wypływały ręka w rękę na powierzchnię morza,
ich mała siostrzyczka zostawała zupełnie sama i czuła, że jej się zbiera
na płacz, ale syreny nie znają łez i dlatego o wiele bardziej cierpią.
- Ach, kiedy już będę miała piętnaście lat! - mówiła. - Wiem, że
pokocham ten świat i ludzi,, którzy tam mieszkają!
Wreszcie skończyła piętnaście lat.
- Oto i ty pójdziesz własnymi drogami - powiedziała babka, stara
królowa - wdowa. - Chodź, niech cię ubiorę tak jak twoje siostry. - I
włożyła jej na włosy wianek z białych lilii, każdy płatek kwiatu był połową
perły, potem przymocowała księżniczce do ogona osiem dużych ostryg na
znak jej wysokiego pochodzenia.
- To boli - powiedziała syrena.
- Trzeba cierpieć, aby godnie wyglądać - odpowiedziała babka.
Ach, jakże chętnie mała syrena zrzuciłaby z siebie ten cały przepych i
pozbyła się ciężkiego wianka; czerwone kwiaty z jej ogródka ozdobiłyby ją
o wiele ładniej, ale nie odważyła się tego zrobić. - Do widzenia -
powiedziała i uniosła się jasna i powiewna jak mydlana bańka nad
powierzchnię wody.
W chwili kiedy wynurzyła głowę nad wodę, słońce zaszło, ale chmury
połyskiwały jeszcze jak róże i złoto, a w różowym powietrzu błyszczała
wieczorna gwiazda, jasna i piękna; powietrze było łagodne i świeże,
morze spokojne. W pobliżu stał wielki statek z trzema masztami, tylko
jeden żagiel był rozwinięty, bo nie było najmniejszego wiatru, a na rejach
siedzieli marynarze. Rozległa się muzyka i śpiew, a w miarę jak się
ściemniało, zapalano setki kolorowych latarni; wyglądało tak, jakby w
powietrzu powiewały flagi wszystkich narodów. Mała syrena podpłynęła tuż
do okienka i za każdym razem, kiedy woda podnosiła ją do góry, mogła
zajrzeć przez przejrzyste szyby do wnętrza, gdzie stało wiele pięknie
ubranych ludzi, ale najpiękniejszy ze wszystkich był młody książę o
dużych, czarnych oczach; nie miał na pewno więcej niż szesnaście lat, i to
właśnie jego urodziny obchodzono z taką paradą. Marynarze tańczyli na
pokładzie, a kiedy młody książę wyszedł do nich, wystrzeliły w powietrze
niezliczone rakiety, świeciły jak jasny dzień, tak że mała syrena
przestraszyła się i schował pod wodę, ale zaraz potem wysunęła znowu
głowę i wtedy wydawało jej się, że spadają na nią wszystkie gwiazdy z
nieba. Nigdy dotąd nie widziała sztucznych ogni. Wielkie słońca obracały
się z sykiem, wspaniałe, ogniste ryby wylatywały w błękitne powietrze, a
wszystko to odbijało się w pogodnym, cichym morzu. Na samym statku
było tak jasno, że widać było każdą kroplę rosy, nie mówiąc już o
ludziach. A jakże piękny był młody książę, ściskał ludzi za ręce,
uśmiechał się radośnie, a muzyka rozbrzmiewała wśród cudnej nocy.
Było już późno, ale mała syrena nie mogła oderwać oczu od statku i
od pięknego księcia. Zgaszono kolorowe latarnie, rakiety przestały
tryskać w górę, nie słychać było wystrzałów, tylko w głębi morza coś
szumiało i grzmiało. Syrena siedziała na wodzie kołysząc się w górę i na
dół, tak że mogła zaglądać do kajuty; statek popłynął szybciej, rozwijano
jeden żagiel za drugim, fale stawały się coraz to silniejsze, nadciągały
wielkie chmury i w oddali błyskało. Cóż to będzie za straszna burza! Toteż
marynarze zwinęli żagle. Wielki statek kołysał się, szybował po
rozhukanym morzu; fale podnosiły się jak wielkie, czarne góry usiłując
runąć na maszty, lecz statek zanurzał się tylko między wysokie bałwany,
jak łabędź, i znowu wypływał na powierzchnię spiętrzonej wody. Syrenę
bawił ten widok, ale żeglarze byli innego zdania. Statek trzeszczał i jęczał,
grube belki gięły się pod ciężkimi uderzeniami fal, maszt przełamał się
pośrodku jak trzcina, statek przechylił się na bok i woda zaczęła wlewać
się do wnętrza. Dopiero teraz syrenka dostrzegła, że ludzie byli w
niebezpieczeństwie; sama musiała się mieć na baczności przed belkami i
deskami okrętu, unoszącymi się na wodzie. Przez chwilę było zupełnie
ciemno, tak że nic nie było widać, ale kiedy potem błysnęło, zrobiło się
znowu jasno i mogła rozpoznać wszystkich na statku. Każdy myślał tylko
o sobie, a syrenka szukała przede wszystkim księcia i kiedy statek zaczął
już tonąć, dostrzegła, jak się pogrążał w głębokiej wodzie. W pierwszej
chwili ucieszyła się bardzo, że oto pójdzie na dno, do niej, ale potem
przyszło jej na myśl, że przecież ludzie nie mogą żyć w wodzie i że książę
dostanie się na zamek jej ojca jedynie jako trup. "Nie, on nie może
umrzeć" - pomyślała. I przepłynęła pomiędzy belkami i deskami,
unoszącymi się na wodzie, zapominając zupełnie, że mogą ją zmiażdżyć,
zanurzała się głęboko w wodę i wznosiła znowu na falach; w ten sposób
udało się jej dotrzeć do młodego księcia, który nie mógł już utrzymać się
na wzburzonym morzu; gdyby mała syrena nie przybyła do niego,
musiałby umrzeć. Trzymała jego głowę nad wodą i dawała się unosić
falom, dokąd chciały.
Nad ranem burza przeszła; ze statku nie zostało ani śladu; słońce
wzeszło czerwone i jarzące nad wodą. Wydawało się przy jego świetle, że
policzki księcia nabierają życia, ale oczy pozostały zamknięte; syrena
pocałowała go w wysokie, piękne czoło i odgarnęła jego mokre włosy;
wydawało jej się, że był podobny do marmurowego posągu w jej małym
ogródku, pocałowała go jeszcze raz, życząc mu, aby odzyskał
przytomność.
Aż wreszcie zobaczyła przed sobą stały ląd, wysokie, błękitne góry, na
których wierzchołkach lśnił biały śnieg, jak gdyby spoczywały tam
łabędzie; w dole na wybrzeżu ciągnęły się śliczne, zielone lasy, a wśród
nich stał gmach - kościół czy też klasztor, co trudno było odróżnić. W
ogrodzie rosły cytrynowe i pomarańczowe drzewa, a przed bramą stały
wysokie palmy. Morze tworzyło tu małą, cichą, ale głęboką zatokę, która
błyszczała jak zwierciadło i kończyła się pod skałą ławicą ślicznego,
białego piasku; tutaj przypłynęła syrena z pięknym księciem i ułożyła go
na piasku tak, aby głowa była wyżej, w ciepłym blasku słońca.
W dużym, białym gmachu zabrzmiały dzwony i do ogrodu przyszło
dużo młodych dziewcząt. Wtedy syrena odpłynęła znowu dalej, za wysokie
kamienie wystające z wody, okryła swe włosy i piersi mokrą pianą, aby
nikt nie zauważył jej małej twarzyczki, i patrzyła uważnie, któ zbliży się do
biednego księcia.
Wkrótce podeszła do niego jakaś młoda dziewczyna; z początku
wydawała się przerażona, ale tylko przez chwilę; potem sprowadziła ludzi i
syrena zobaczyła, że książę wraca do życia, że uśmiecha się do
wszystkich dookoła; tylko do niej nie uśmiechał się, bo nie wiedział
przecież wcale, że to ona go uratowała. Zasmuciła się syrena i kiedy
księcia wprowadzono do dużego gmachu, zanurzyła się zmartwiona w
wodę i wróciła do domu, na zamek swego ojca.
Mała syrena była zawsze cicha i zamyślona, ale teraz stała się jeszcze
cichsza. Siostry pytały ją, co widziała po raz pierwszy na powierzchni
morza, ale nie opowiadała im nic.
Często wieczorem lub rano płynęła do tego miejsca, gdzie zostawiła
księcia. Widziała, jak dojrzewały owoce w ogrodzie, widziała, jak je
zrywano, widziała, jak na wysokich górach tajał śnieg, ale księcia nie
widziała, i dlatego wracała do domu za każdym razem coraz bardziej
smutna. Jej jedyną pociechą było siedzieć w ogródku i obejmować
ramionami posąg, który był podobny do księcia, ale nie pielęgnowała już
swych kwiatów, rosły dziko, ich długie łodygi i liście posplatały się z
gałęziami drzew tak, że w gąszczu tym było zupełnie ciemno...
Wreszcie mała syrena nie mogła już dłużej taić swego smutku i
opowiedziała o nim jednej ze swoich sióstr, od niej zaś dowiedziały się
wkrótce wszystkie inne, ale nie wiedział o tym nikt więcej prócz
księżniczek i paru innych syren, które zwierzyły się z tą tajemnicą tylko
swoim najlepszym przyjaciółkom. Jedna z syren miała dokładne
wiadomości o księciu; ona również widziała święto na okręcie, wiedziała,
skąd książę pochodzi i gdzie leży jego królestwo.
- Pójdź, siostrzyczko! - powiedziały inne księżniczki i objąwszy się
wypłynęły sznuren ma powierzchnię morza w tym miejscu, gdzie wiedziały,
że stał zamek księcia.
Był zbudowany z jasnożółtego, błyszczącego kamienia, miał szerokie,
marmurowe schody, prowadzące do samego morza. Wspaniałe, złocone
kopuły wznosiły się na dachu, a pomiędzy kolumnami, otaczającymi cały
budynek, stały marmurowe posągi, które wyglądały jak żywe. Przez
przezroczyste szkło wysokich okien widać było wspaniałe komnaty, gdzie
wisiały drogie jedwabne zasłony i dywany, a wszystkie ściany ozdobione
były wielkimi obrazami, których widok sprawiał prawdziwą rozkosz.
Pośrodku największej sali pluskała duża fontanna, strumienie wznosiły się
aż do szklanej kopuły w suficie, słońce odbijało się w wodzie i oświetlało
wspaniałe rośliny, rosnące w wielkim basenie.
Syrena wiedziała więc teraz, gdzie mieszka książę, i często wieczorem
i w nocy ukazywała się tu na wodzie; przypływała o wiele bliżej do brzegu,
niż mogła się odważyć każda inna syrena; płynęła wąskim kanałem aż do
wspaniałego, marmurowego balkonu, rzucającego długi cień na wodę.
Siedziała tu i patrzyła na młodego księcia, któremu się zdawało, że jest
zupełnie sam w jasnym blasku księżyca. Nieraz wieczoremnwidywała go,
jak płynął z muzyką w łodzi ubranej flagami; ukrywała się w zielonym
sitowiu, a kiedy wiatr poruszał jej długim, srebrnobiałym welonem, mogło
się zdawać, że to jest łabędź zrywający się do lotu.
Czasami w nocy słyszała, jak rybacy, łowiąc ryby na morzu przy świetle
pochodni, opowiadali wiele dobrego o księciu, a wtedy cieszyła się, że
uratowała mu życie, kiedy na pół martwy unosił się na falach, i myślała o
tym, jak ciężko głowa jego spoczywała na jej piersiach i jak serdecznie go
pocałowała; on jednak nic o tym nie wiedział i nie mógł nawet marzyć o
niej. Coraz bardziej zaczęła kochać ludzi, coraz silniej pragnęła przebywać
między nimi, świat ludzi wydawał jej się o wiele większy niż jej świat,
ludzie mogą przecież pływać statkami po morzu, mogą wspinać się na
wielkie szczyty wysoko aż pod chmury, a kraje, które do nich należą,
ciągną się lasami i polami o wiele dalej, niż sięga jej wzrok. Było tyle
rzeczy, o których chciała się dowiedzieć, ale siostry nie potrafiły
odpowiedzieć na jej pytania i dlatego spytała starą babkę; znała ona
bardzo dobrze wyższy świat i słusznie nazwała go Ponadmorskim Krajem!
- Czy ludzie, którzy nie toną w morzu - spytała mała syrena - mogą
żyć wiecznie, czy nie umierają, tak jak my, na dnie morskim?
- gdzie tam - powiedziała stara - i ludzie umierają, ich życie trwa
jeszcze krócej niż nasze. My możemy dożyć trzystu lat, ale kiedy
kończymy życie, zmieniamy się w pianę morską i nie mamy nawet grobu
tu, pomiędzy naszymi bliźnimi. Nie mamy nieśmiertelnej duszy, nie
możemy się odrodzić, jesteśmy jak zielone sitowie: kiedy się je raz
zerwie, nie może już nigdy być zielone; ludzie zaś mają duszę, która żyje
wiecznie, żyje nawet wtedy, gdy ciało staje się prochem, wznosi się
poprzez jasne przestworza aż do błyszczących gwiazd. Tak jak my
wynurzamy się z morza by oglądać kraje i ludzi, podobnie oni wznoszą się
do nieznanych, cudownych miejsc, których my nigdy nie zobaczymy.
Dlaczego my nie mamy nieśmiertelnej duszy? - spytała zmartwiona
syrena. - Oddałabym te setki lat, które mam jeszcze do przeżycia, aby
być przez jeden jedyny dzień człowiekiem i potem dostać się do
niebiańskich krain.
- Nie trzeba, abyś sobie tym zaprzątała głowę - powiedziała stara - my
jesteśmy o wiele szczęśliwsi i o wiele lepiej żyjemy niż ludzie tam w górze.
- Mam więc umrzeć i pływać jako piana na morzu, nie słyszeć więcej
muzyki fal ani nie widzieć pięknych kwiatów i czerwonego słońca? Czyż nic
nie mogę zrobić, aby zdobyć nieśmiertelną duszę?
- Nie - powiedziała stara. - chyba że jakiś człowiek pokocha cię tak, że
staniesz mu się droższa od ojca i od matki, przywiąże się do ciebie
wszystkimi myślami i całą duszą, ksiądz zwiąże wasze ręce przysięgą
wierności na ziemi na całą wieczność, wtedy jego dusza przejdzie do
twojego ciała i będziesz dopuszczona do udziału w przyszłym ludzkim
szczęściu. Obdarzy cię wówczas duszą, a zatrzyma jednak swoją własną.
Ale to się prawdopodobnie nie zdarzy. To, co tu w morzu jest takie ładne,
twój rybi ogon, na ziemi uważane jest za brzydkie, nie rozumieją się na
tym wcale; tam żeby być piękną, trzeba mieć dwie ciężkie podpory, które
ludzie nazywają nogami.
Mała syrena westchnęła i ze smutkiem spojrzała na swój ogon.
- Nie martw się! - powiedziała stara. - Skaczmy i tańczmy przez trzysta
lat, które mamy żyć, to chyba dosyć czasu, a potem tym przyjemniej
będzie wypocząć w grobie. Dziś wieczór będziemy mieli dworski bal!
Była to wspaniała uroczystość, jakiej nikt nie ogląda na ziemi. Ściany i
sufit w wielkiej sali do tańca były z grubego, ale przezroczystego szkła.
Pod ścianą stały rzędem setki olbrzymich muszel, czerwonych jak róże i
zielonych jak trawa, a w muszlach tych płonął błękitny ogień, oświecający
całą salę i prześwietlający przez szklane ściany całe morze dookoła, tak,
że widać było niezliczone ryby, małe i duże, przypływające do szklanych
ścian; na niektórych połyskiwały purpurowe łuski, a inne wyglądały jak
zrobione ze srebra i złota. Pośrodku sali przepływał szeroki, rwący
strumień, a na nim syreny i trytony tańczyły przy dźwiękach własnego
słodkiego śpiewu. Ludzie na ziemi nie mają tak pięknego głosu. Mała
syrena śpiewała najpiękniej, wszyscy oklaskiwali jej śpiew; i przez chwilę
syrena czuła radość w sercu, bo wiedziała, że ma najpiękniejszy głos ze
wszystkich na ziemi i w morzu. Ale zaraz potem znowu przyszły myśli o
świecie na górze; nie mogła zapomnieć o pięknym księciu i smutno jej
było, że nie ma, tak jak on, nieśmiertelnej duszy. Dlatego też wymknęła
się z zamku ojca i podczas gdy wszyscy śpiewali i bawili się, siedziała
smutna w swoim małym ogródku. Nagle usłyszała dźwięk myśliwskiego
rogu, dochodzący ku niej poprzez wodę, i pomyślała: "Oto płynie sobie
tam w górze ten, którego kocham więcej niż ojca i matkę, ten, do którego
należą moje myśli, ten, komu bym chciała powierzyć szczęście mojego
życia. Podczas gdy moje siostry tańczą na zamku, pójdę do czarownicy
morza, do tej, której się tak zawsze bałam, tylko ona może mi poradzić i
pomóc!"
I oto mała syrena porzuciła swój ogródek i poszła w stronę gotującego
się wiru, za którym mieszkała czarownica. Nigdy jeszcze nie szła tą drogą;
nie rosły tu kwiaty ani morska trawa, goły, szary piasek ciągnął się aż do
wiru, gdzie woda rwała jak szumiące młyńskie koła i porywała ze sobą w
głębię wszystko, co tylko mogła schwytać. Aby dostać się do państwa
czarownicy, musiała syrena przejść przez rwące wiry, nie było tu innej drogi
jak poprzez bulgocący szlam, który czarownica nazywała swoją łączką.
Dalej stał jej dom wśród osobliwego lasu. Wszystkie drzewa i krzaki tutaj
były to polipy, na pół zwierzęta, na pół rośliny, wyglądały jak stugłowe
węże wyrastające z ziemi. Gałęzie były to długie, lepkie ramiona o palcach
jak giętkie robaki. Każdy kawałek tych drzew od korzeni aż do
wierzchołków poruszał się bezustannie. Wszystko, co morze porwało,
ściskały te potwory w swych objęciach i nie wypuszczały już nigdy.
Syrena zatrzymała się przerażona; serce biło jej ze strachu, o mało co
nie zawróciła, ale pomyślała o księciu i o zdobyciu ludzkiej duszy i to jej
dodało odwagi. Splotła mocno na głowie swe długie, puszyste włosy, aby
polipy nie mogły ich schwytać, obie ręce złożyła na piersiach i pomknęła,
jak ryba potrafi mknąć w wodzie, pomiędzy obrzydliwymi polipami, które
wyciągały już do niej swoje giętkie ramiona i palce. Zauważyła, ze każdy z
tych potworów trzyma coś w objęciach, tysiącem drobnych ramion ściskając
jak żelazną obręczą. Ludzie, którzy zginęli w morzu i spadali głeboko na
dno, wynurzali się z ramion polipów w postaci białych kości. Ściskały one
wiosła i skrzynie, szkielety domowych zwierząt i nawet malutką syrenę,
którą pojmały i zadręczyły na śmierć - to było chyba najstraszniejsze.
Przybyła wreszcie do dużego, błotnistego miejsca w lesie, gdzie kłębiły
się wielkie, tłuste węże, pokazując wstrętne, białożółte podbrzusza.
Pośrodku na tym miejscu stał dom zbudowany z kości topielców; siedziała
tam czarownica i karmiła ze swych ust ropuchę, tak jak ludzie dają
kanarkowi do zjedzenia cukier. Brzydkie, tłuste węże wodne nazywała
swoimi kurczątkami i pozwalała im pełzać po swoich wielkich, gąbczastych
piersiach.
- Wiem dobrze, czego chcesz! - powiedziała czarownica - robisz
głupstwo, zrobię jednak, co chcesz, bo to doprowadzi cię do nieszczęścia,
moja piękna księżniczko. Chciałabyś się pozbyć rybiego ogona, zamiast
tego mieć dwie podpory, na których mogłabyś chodzić jak ludzie, aby
książę się w tobie zakochał i abyś miała jego i nieśmiertelną duszę.
Tu czarownica zaśmiała się tak głośno i wstrętnie, że ropucha i węże
upadły na ziemię i wiły się u jej stóp.
- Przychodzisz w samą porę - powiedziała czarownica. - Gdybyś
przyszła jutro po wschodzie słońca, nie mogłabym ci dopomóc przed
upływem roku. Przygotuję ci napój, musisz popłynąć z nim, zanim słońce
wzejdzie, aż na ląd, usiąść na brzegu i wypić go, wtedy odpadnie ci ogon i
skurczy się w to, co ludzie nazywają pięknymi nóżkami, ale to będzie
bolało tak, jakby przeszył cię ostry miecz. Wszyscy, którzy cię zobaczą,
będą mówili, że jesteś najpiękniejszym ludzkim stworzeniem, jakie
widzieli. Zachowasz swój powiewny chód, żadna tancerka nie potrafi tak
się kołysać jak ty, ale za każdym krokiem, jaki uczynisz, poczujesz ból,
jakbyś stąpała po ostrzu noża, jakbyś doznawała krwawych ran. Jeżeli
zgodzisz się to wszystko znieść, spełnię twoje życzenie.
- Tak - odpowiedziała mała syrena drżącym głosem i pomyślała o
księciu i o nieśmiertelnej duszy.
- Ale pomyśl - powiedziała czarownica - kiedy otrzymasz ludzką
postać, nigdy już nie będziesz mogła zamienić się z powrotem w syrenę.
Nigdy nie będziesz mogła zstąpić poprzez wodę do twoich sióstr i do
zamku twego ojca, a jeżeli nie zdobędziesz miłości księcia, jeżeli nie
zapomni z twego powodu o swojej matce i swoim ojcu, nie przywiąże się
do ciebie wszystkimi myślami, jeżeli ksiądz nie połączy waszych rąk tak,
abyście się stali mężem i żoną, dusza twoja nie stanie się nieśmiertelna.
Pierwszego ranka po zaślubinach księcia z inną pęknie ci serce i
zamienisz się w pianę morską.
- Tak chcę - powiedziała mała syrena i zbladła jak trup.
- Ale mnie musisz także zapłacić! - powiedziała czarownica. - A żądam
nie byle czego. Masz najpiękniejszy głos ze wszystkich tu na dnie
morskim, sądzisz, że tym mogłabyś oczarować księcia, ale oddasz mi
twój głos. To, co masz najwartościowszego, oddasz mi za mój drogocenny
napój. Muszę bowiem dodać do tego napoju własnej krwi, żeby był ostry
jak obosieczny miecz.
- Cóż mi pozostanie, gdy mi odbierzesz głos? - spytała syrena.
- Twoja piękna postać - odpowiedziała czarownica - twój powiewny chód
i wymowne oczy, którymi możesz oczarować ludzkie serce. No i cóż,
straciłaś odwagę? Wysuń języczek, obetnę ci go jako zapłatę, a wtedy
dostaniesz mocny napój.
- Niech się stanie - powiedziała syrenka, a czarownica postawiła kocioł,
aby zagotować czarodziejski napój. - Czystość jest najważniejsza -
powiedziała, szorując kocioł wężami, które związała w kłębek; potem
zadrasnęła się w pierś, z której spadło parę kropel czarnej krwi; para
tworzyła najdziwniejsze postaci, tak że strach brał patrzeć. Co chwila
dorzucała czarownica coś nowego do kotła, a kiedy płyn się dobrze
gotował, brzmiało to, jakby krokodyl płakał. Wreszcie napój był gotów,
wyglądał jak najczystsza woda.
- Oto go masz! - powiedziała czarownica i obcięła jej język, i z tą
chwilą mała syrenka straciła mowę, nie mogła ani śpiewać, ani mówić.
- Jeśliby polipy chciały cię schwytać, gdy będziesz przechodziła przez
mój las - powiedziała czarownica - wlej na nie jedną kroplę napoju, a
wtedy ich ramiona i palce rozpadną się na tysięczne kawałki. - A małej
syrenie nie było to wcale potrzebne, polipy widząc przezroczysty napój,
błyszczący w jej ręku jak świecąca gwiazda, cofały się przed nią
przerażone. W ten sposób prędko przeszła przez las, przez bagno i przez
rwące wiry.
Widziała teraz zamek swojego ojca; światła w wielkiej sali tańca
pogaszono, spali pewnie wszyscy, ale nie odważyła się tam pójść teraz,
kiedy była niema i kiedy miała ich na zawsze porzucić. Serce jej pękało z
bólu. Wśliznęła się do ogrodu, zerwała z każdej grządki, która należała
do jej sióstr, po kwiatuszku, posłała ręką mnóstwo pocałunków w stronę
zamku i wypłynęła na powierzchnię granatowej wody.
Słońce jeszcze nie wzeszło, kiedy ujrzała zamek księcia i wdrapała się
na wspaniałe, marmurowe schody. Księżyc świecił niezwykle jasno.
Syrenka wypiła ostro palący napój i poczuła, jakby obosieczny miecz
przeszył jej delikatne ciało, zemdlała i leżała jak martwa. Kiedy słońce
rozbłysło nad wodą, ocknęła się i poczuła piekący ból, ale przed nią stał
piękny, młody książę, wpatrywał się w nią swymi czarnymi jak węgiel
oczyma tak, że musiała spuścić swój wzrok; wtedy zobaczyła, że jej rybi
ogon znikł i że miała najładniejsze, małe białe nóżki, jakie tylko może
mieć mała dziewczynka; ale była zupełnie naga i dlatego otuliła się
swoimi długimi, gęstymi włosami. Książę spytał ją, kim jest i skąd się tu
wzięła, lecz ona spojrzała na niego słodko, a jednocześnie żałośnie swymi
ciemnoniebieskimi oczami, nie mogła przecież mówić. Wtedy wziął ją za
rękę i zaprowadził do zamku. Przy każdym kroku, jak jej to
przepowiedziała czarownica, czuła ból, jakby chodziła po spiczastych
szydłach i ostrych nożach, ale znosiła to chętnie; trzymając księcia za
rękę stąpała tak lekko jak bańka mydlana, a on i wszyscy inni podziwiali
jej czarowny, powiewny chód.
Ubrano ją w kosztowne suknie z jedwabiu i muślinu, na zamku była
najpiękniejszą ze wszystkich, ale była niema i nie mogła śpiewać ani
mówić. Piękne niewolnice, ubrane w jedwabie i złoto, wystąpiły przed
księciem i jego królewskimi rodzicami; jedna z nich śpiewała piękniej od
wszystkich innych, a książę uśmiechał się do niej i klaskał w ręce. Wtedy
małej syrence zrobiło się smutno, wiedziała, że dawniej mogła śpiewać o
wiele piękniej, i pomyślała: "Ach, gdyby on wiedział, że oddałam na
zawsze mój głos po to, aby móc być przy nim!"
Niewolnice tańczyły pięknie, kołysząc się w takt cichej muzyki; wtedy
syrena wzniosła w górę cudne białe ramiona, stanęła na palcach i
popłynęła po posadzce; tańczyła tak, jak nikt dotychczas nie tańczył; przy
każdym poruszeniu piękność jej była bardziej widoczna, a jej oczy
przemawiały do serc wymowniej niż śpiew niewolnic.
Wszyscy byli zachwyceni, a zwłaszcza książę, który nazwał ją swoją
małą znajdką, a ona tańczyła dalej, chociaż za każdym razem, kiedy jej
noga dotykała ziemi, czuła ból, jakby stąpała po ostrych nożach. Książę
powiedział, że musi pozostać przy nim na zawsze, i pozwolił jej spać pod
swoimi drzwiami na aksamitnych poduszkach. Kazał jej zrobić męskie
ubranie,, aby mu towarzyszyła w konnych wycieczkach. Jeździli przez
pachnące lasy, gdzie zielone gałęzie uderzały ich po ramionach, a małe
ptaszki śpiewały wśród zieleni liści. Wchodzili na wysokie góry i chociaż jej
delikatne nóżki krwawiły i wszyscy to widzieli, śmiała się i biegała za nim
aż tam, gdzie przepływały pod nimi obłoki jak stada ptaków lecących do
ciepłych krajów.
Dopiero nocą w pałacu księcia, kiedy inni spali, wychodziła na szerokie
marmurowe schody, chłodziła swoje rozpalone nogi w zimnej morskiej
wodzie i myślała o swoich, tam w głębi morza.
Pewnej nocy jej siostry trzymając się za ręce wynurzyły się z wody i
śpiewały tak smutnie, mała syrena przesłała im ręką pozdrowienia, a one
poznały ją i odpowiedziały, jak bardzo ich wszystkich zasmuciła. Odtąd
odwiedzały ją codziennie, a jednej nocy zobaczyła w dali starą babkę,
która od wielu lat nie była ponad morzem, i króla mórz w koronie na
głowie. Wyciągali do niej ręce, ale nie odważyli się podpłynąć blisko lądu
jak siostry.
Z dnia na dzień książę coraz bardziej cenił małą syrenkę i pokochał ją
tak, jak się kocha dobre, drogie dziecko, ale nie przychodziło mu wcale
na myśl, aby uczynić z niej królową, a przecież musiała zostać jego żoną,
aby zdobyć nieśmiertelną duszę, inaczej w dzień jego zaślubin stanie się
pianą morską...
"Czyż mnie nie kochasz więcej od wszystkich!" - zdawały się mówić
oczy syreny, kiedy brał ją w swe ramiona i całował jej piękne czoło. - Tak,
ty jesteś mi najdroższa - mówił książę - bo ty masz najlepsze serce ze
wszystkich, ty jesteś mi najwierniejsza i jesteś podobna do jednej młodej
dziewczyny, którą kiedyś widziałem, ale której pewnie już nigdy nie
zobaczę. Byłem na tonącym statku, fale rzuciły mnie na brzeg, przed
świątynię, gdzie wiele dziewcząt służyło Bogu; najmłodsza znalazła mnie
na brzegu i i uratowała mi życie, widziałem ją tylko dwa razy, jesteś
jedyną istotą, którą na tym świecie mógłbym pokochać, ale ty jesteś do
niej podobna, ledwie że nie zacierasz jej obrazu w mojej duszy; ona jest
poświęcona Bogu i dlatego jakaś dobra gwiazda zesłała mi ciebie, nie
rozłączymy się nigdy.
"Ach, on nie wie, że to ja uratowałam mu życie - myślała syrena -
zaniosłam go przez morze aż do lasu, gdzie stoi świątynia, siedziałam
okryta morską pianą i czekałam, aż przyjdą ludzie. Widziałam piękną
dziewczynę, którą on kocha bardziej ode mnie. - I mała syrena
westchnęła głęboko, gdyż płakać nie mogła. - Ta dziewczyna jest
poświęcona Bogu, nigdy nie wróci do świata, nie spotkają się nigdy, a ja
jestem przy nim, widzę go codziennie, będę o niego dbała, będę go
kochała, poświęcę mu swoje życie!"
Lecz oto rozeszła się wieść, że książę ma się żenić z piękną córką
króla ościennego państwa, i dlatego tak wspaniale wyposażył swój statek.
Mówiło się, że książę jedzie oglądać ziemie króla ościennego państwa,
miał zabrać ze sobą wielką świtę, ale w istocie jechał, aby poznać jego
córkę. Syrena potrząsnęła głową i śmiała się, znała myśli księcia o wiele
lepiej niż wszyscy inni.
- Muszę jechać - powiedział do niej. - Mam zobaczyć piękną
księżniczkę, moi rodzice tego pragną, ale nie zmuszą mnie nigdy, abym
ją wprowadził do domu jako moją żonę; nie mogę jej kochać, bo nie jest
podobna do pięknej dziewczyny ze świątyni, do której ty jesteś podobna;
gdybym miał się ożenić, wolałbym raczej ciebie, moja ty mała, niema
znajdko, z ty,i twoimi wymownymi oczami. - I całował jej czerwone usta,
bawił się jej długimi włosami i kładł swoją głowę na jej sercu, które
marzyło o ludzkim szczęściu i nieśmiertelnej duszy.
- Nie boisz się przecież wody, moja mała niemowo - powiedział książę,
kiedy stali na wspaniałym statku, który ich wiózł do sąsiedniego kraju;
opowiadał jej o burzy i o ciszy morskiej, o dziwnych rybach w głębinach
morza i o tym, co tam widzi nurek, a ona słysząc to uśmiechała się,
wiedziała przecież lepiej niż ktokolwiek inny, jak wygląda dno morza.
W jasną księżycową noc, kiedy wszyscy spali na okręcie, nie wyłączając
sternika stojącego przy sterze, syrena siedziała na dziobie statku i
patrzyła w głąb. Wydawało jej się, że widzi przez przezrocze wód zamek
swego ojca, a na najwyższej wieży stała stara babka w srebrnej koronie na
głowie i wpatrywała się poprzez rwący prąd wody w górę, w dno okrętu.
Potem wynurzyły się z wody jej siostry, patrzyły na nią ze smutkiem i
załamywały białe ręce, a ona wychylała się do nich z uśmiechem i chciała
im opowiedzieć, jak jej się dobrze wiedzie i jaka jest szczęśliwa, ale
nadszedł chłopiec okrętowy, siostry zanurzyły się w wodę, a chłopiec był
pewien, że biel, którą widział, to piana morska. Następnego ranka statek
przypłynął do przystani wspaniałej stolicy sąsiedniego państwa. Wszystkie
dzwony dzwoniły w kościołach, z wysokich wież grzmiały trąby, a żołnierze
stali z powiewającymi chorągwiami i błyszczącymi bagnetami. Co dzień
było inne święto. Bale i przyjęcia następowały po sobie, ale księżniczki
wciąż jeszcze nie było, mówiono, że przebywała daleko od rodzinnego
miasta, wychowała się bowiem w klasztorze i ćwiczyła się tam we
wszystkich królewskich cnotach. Wreszcie przyjechała.
- To jesteś ty - powiedział książę. - To ty mnie uratowałaś, kiedy
leżałem jak martwy na brzegu. - I chwycił swoją zarumienioną narzeczoną
w ramiona. - Ach, jestem zbyt szczęśliwy! - powiedział do syreny. -
Spełniło się moje najgorętsze marzenie! Prawda, że cieszysz się z mego
szczęścia, bo kochasz mnie najbardziej ze wszystkich! - A mała syrena
pocałowała go w rękę i myślała, że serce już jej pęka. Poranek po jego
weselu będzie przecież dniem jej śmierci, przemiany w pianę morską.
Wszystkie dzwony dzwoniły w kościołach, heroldowie jeździli po ulicach
i obwieszczali zaślubiny. Na wszystkich ołtarzach płonęły srebrne lampy
napełnione wonnym olejem, księża obnosili kadzielnice, a państwo
młodzi trzymając się za ręce odebrali błogosławieństwo samego biskupa.
Mała syrena ubrana w złoto i jedwabie niosła tren panny młodej, ale jej
uszy nie słyszały uroczystej musyki, jej oczy nie widziały świętej
ceremonii; myślała o nocy swej śmierci, o szczęściu, które straciła.
Jeszcze tego samego wieczoru państwo młodzi weszli na pokład
okrętu; armaty strzelały, powiewały wszystkie chorągwie, a pośrodku stał
królewski namiot ze złota i purpury, usłany najpiękniejszymi poduszkami,
tam miała spać młoda para w cichą, chłodną noc.
Żagle wydęły się na wietrze i statek płynął lekko i spokojnie po
jasnym morzu.
Gdy się ściemniło, zapalono kolorowe lampy i marynarze tańczyli
wesołe tańce na pokładzie. Mała syrena przypomniała sobie chwilę, kiedy
po raz pierwszy wynurzyła się z morza i widziała takie samo radosne
święto. A potem tańczyła wśród innych unosząc się lekko jak jaskółka,
wszyscy zachwycali się nią, bo nigdy jeszcze nie tańczyła tak pięknie. Przy
każdym stąpnięciu jakby ostre noże kłuły ją w delikatne nóżki, ale nie
czuła tego, o wiele boleśniej kłuło ją serce. Wiedziała, że spędza ostatni
wieczór z tym, dla którego porzuciła rodzinę i ojczyznę, oddała piękny
głos i znosiła codziennie niezliczone męki, podczas gdy on nawet tego nie
przeczuwał. Była to ostatnia noc, kiedy oddychała tym samym co on
powietrzem; widziała gwiaździste niebo i głębokie morze; teraz ogarnąć ją
miała wieczna noc, bez myśli i bez snów, bo nie miała nieśmiertelnej
duszy i nigdy już jej zdobyć nie mogła. A na statku panowała radość i
wesele aż do późnej nocy, syrena tańczyła i smiała się czując śmierć w
sercu. Książę całował swą piękną oblubienicę, a ona bawiła się jego
czarnymi włosami i razem udali się na spoczynek do wspaniałego
namiotu.
Na statku zapanowała cisza i sokój; tylko sternik stał przy sterze;
syrenka oparła się białymi dłońmi o poręcz statku i spoglądała na
wschód, ku jutrzence; wiedziała, że zabije ją pierwszy promień słońca.
Wtedy ujrzała siostry wyłaniające się z morza, były blade jak ona, ich
długie, piękne włosy nie powiewały już na wietrze, były obcięte.
- Oddałyśmy je czarownicy, aby uratowała tej nocy twoje życie. Dała
nam nóż, oto jest! Czy widzisz, jaki jest ostry? Zanim wzejdzie słońce,
musisz przebić nim serce księcia i kiedy gorąca krew opryska twoje nogi,
zrosną się w ogon, staniesz się znowu syreną i będziesz mogła zejść do
wody, do nas, i żyć trzysta lat, zanim nie zmienisz się w martwą, słoną
morską pianę. Śpiesz się, ty albo on musicie umrzeć, zanim wzejdzie
słońce. Nasza stara babka martwi się tak, że jej białe włosy wypadły, tak
jak nasze spadły pod nożycami czarownicy. Zabij księcia i wracaj do
domu. Spiesz się, czy widzisz czerwoną smugę na niebie? Za parę minut
wzejdzie słońce i wtedy umrzesz! - Westchnęły głęboko i zanurzyły się w
falach.
Mała syrena odsunęła purpurową zasłonę namiotu i ujrzała piękną
pannę młodą śpiącą z głową wspartą na piersi księcia; schyliła się i
pocałowała go w cudne czoło, spojrzała w niebo, gdzie coraz jaśniej
świeciła jutrzenka, spojrzała na ostry nóż i znowu zwróciła oczy na księcia,
który we śnie wymówił imię swojej oblubienicy, tylko ona żyła w jego
myślach; nóż zadrżał w ręku syreny, odrzuciła go daleko w fale, które
zabłysły czerwonym blaskiem; tam gdzie nóż upadł, wydawało się, że
krople krwi wytryskują z wody. Raz jeszcze spojrzała żałosnym wzrokiem
na księcia, a potem skoczyła ze statku do morza i czuła, jak jej ciało
zmienia się w pianę.
Teraz słońce wzeszło nad morzem, promienie jego padały tak
łagodnie, ogrzewając śmiertelnie zimną pianę morską, mała syrenka nie
czuła wcale śmierci, ujrzała jasne słońce, a wysoko nad nią unosiły się
tysiące pięknych, przezroczystych istot. Poprzez te istoty widziała białe
żagle statku i czerwone obłoki na niebie; głosy tych istot były melodią,
ale tak delikatną, że ucho żadnego człowieka nie mogło jej usłyszeć, jak
również żadne ziemskie oko nie mogło ich widzieć, bez skrzydeł, własną
lekkością, unosiły się one w powietrzu. Mała syrenka zobaczyła, że ma
ciało podobne do nich, i wzniosła się coraz wyżej i wyżej z piany ku górze.
- Dokąd ja idę? - spytała, a jej głos brzmiał jak głos tych cudnych
duchów, tak nieziemsko, że żadna ziemska muzyka nie mogłaby go
naśladować.
- Do cór powietrza! - odpowiedziały tamte. - Syreny nie mają
nieśmiertelnej duszy i nie kogą jej mieć, chyba że zdobędą miłość
człowieka. Jej wieczne trwanie zależy od obcych mocy. Córy powietrza
także nie mają wiecznej duszy, ale przez dobre uczynki mogą na nią
zasłużyć. Lecimy do ciepłych krajów, gdzie dżuma zabija ludzi; tam
niesiemy ożywczy chłód. Rozpylamy w powietrzu zapach kwiatów, koimy i
leczymy. Kiedy przez trzysta lat dążyć będziemy do tego, aby w miarę
naszych sił czynić dobro, wtedy osiągniemy nieśmiertelność i będziemy
brały udział w ludzkim wiecznym szczęściu. Biedna mała syreno, dążyłaś
całym swym sercem do tego samego co my celu! Cierpiałaś tak jak my i
wzniosłaś się do świata powietrznych duchów, a po trzystu latach możesz
przez dobre uczynki zdobyć nieśmiertelną duszę.
Mała syrena wzniosła ku Bożemu słonku białe ramiona i po raz
pierwszy poczuła w oczach łzy.
Na statku znowu zawrzało życie i gwar, syrena widziała księcia wraz z
jego piękną małżonką, jak szukał jej; spoglądali smętnie na pieniącą się
wodę, jak gdyby wiedzieli, że syrenka rzuciła się na fale. A ona
niepostrzeżenie pocałowała oblubienicę w czoło, uśmiechając się do
księcia i wraz z innymi dziećmi powietrza wzniosła się ku górze, ku
różowym obłokom szybującym w powietrzu.
- Za trzysta lat wzniesiemy się do królestwa Bożego!
- Jeszcze wcześniej możemy się tam dostać! - szepnęła jedna z
nieziemskich istot. - Niewidzialne, dostajemy się do domów ludzi, gdzie
są dzieci, i widok każdego dziecka sprawiającego swoim rodzicom radość i
zasługującego na ich miłość skraca czas naszej próby. Dziecko nie wie,
kiedy przelatujemy przez pokój, a gdy się uśmiechamy z radości, jaką
nam sprawiło, Bóg odlicza nam jeden rok z trzystu lat; ale jeśli
napotkamy niegrzeczne i złe dziecko, wylewamy łzy smutku, i każda łza
przedłuża o jeden dzień czas naszej próby!

(H.CH.ANDERSEN)

FAIRYTALE

"Syreny nie znją łez i dlatego o wiele bardziej cierpią"
(Mała Syrenka - H.Ch.Andersen)

"Ciężkie fale przewalają się po morzu, jeszcze cięższe uderzają w serce ludzkie"
(Opowiadanie z Diun - H.Ch.Andersen)

"(...) zadowolenie jest rzadkim darem na tej ziemi.(...) po to, by być zadowolonym, nic nie trzeba – tylko właśnie być zadowolonym."

(Talizman - H.Ch.Andersen)




Kamienie
Majowe słońce niechętnie, aczkolwiek nieuchronnie układało się już do snu gdzieś poza linią horyzontu, złocąc ostatnimi promieniami piasek, klify i opaloną skórę małego chłopca, syna miejscowego rybaka. Przechadzał się on wzdłuż morskiego brzegu nurzając stopy to w spienionej wodzie fal, to zaś w nieprzebranym piasku. Obserwował toń, w której czerwoną, rozmazaną łuną odbijała się ognista kula, tworząc na tafli niepowtarzalny wzór szkarłatnych refleksów. Choć wiedział, że widok podobny powtarzać się będzie każdego wieczoru aż do końca świata, nie wybaczyłby sobie, gdyby choć raz go przegapił. Za bardzo kochał morze i tonące w nim słońce. Całym sercem był oddany wielkiej wodze, i ją jedną miłował ponad wszystko inne.
Chłopiec spojrzał na opustoszałą plażę. Wszyscy byli już w swoich domach, gdzie odpoczywali
po ciężkim dniu pracy, jedli kolacje, śpiewali, cieszyli się i sławili w niezliczonych opowieściach łaskawego i dobrego Króla Morza. Chłopiec też wiedział, że niedługo przyjdzie mu wrócić do swego domu, do Starego Rybaka, który pomimo braku pokrewieństwa nazywał go synem, kochał go i traktował tak samo, jak inne swoje dzieci.
Chłopiec nie pochodził bowiem z rybackiej osady. Kim był, skąd pochodził? Tego nie wiedział nikt. Pewnego poranka rybacy znaleźli go na piaszczystym brzegu, nieprzytomnego, zaplątanego w sieci. Nazwali go rozbitkiem, sierotą, dzieckiem, które widocznie zostało pokochane przez Morze tak bardzo, że postanowiło go uratować. Przyjęli go więc jak swojego i od tej pory mieszkał wśród nich. On, ten mały Chłopiec Morza.
Schylił się, żeby ostatni raz tego wieczoru podnieść kolorową muszelkę, kiedy nagle usłyszał śpiewny szept niesiony przez wiatr. Spojrzał w stronę klifów, skąd dochodziła go ta dziwna melodia. Nie rozumiał słów, ale natychmiast rozmiłował się w tej muzyce. Nigdy wcześniej jej nie słyszał, ale ludzie, w osadzie opowiadali, że… Rzucił swoją torbę z muszlami na piasek i biegł, a serce biło mu szybko z podekscytowania. Chciał zobaczyć, chciał się przekonać na własne oczy.
Zobaczył. Na plaży, pomiędzy klifem a brzegiem, na dużym kamieniu siedział człowiek. Siwe, długie włosy i broda podpowiadały, że musi on być bardzo stary, jego sylwetka przeczytał jednak temu. Był on bowiem wysoki, bardzo wysoki. Na nagich, szerokich ramionach ostatnie promienie słońca igrały z pierwszymi blaskami księżyca. W dużych, krzepkich dłoniach trzymał grzebień, na którym jeszcze przed chwilą grał, a spod lnianych, obszarpanych i za krótkich spodni widać było mocne, umięśnione łydki. Na jego piersi spoczywał długi naszyjnik zrobiony z muszelek i bursztynów.
Człowiek znieruchomiał wpatrując się w Chłopca swoim czujnym, przenikającym wzrokiem. Powietrze aż zadrżało jego grzmiącym, czystym głosem:
- Zbliż się, mój chłopcze…
Chłopiec, zbyt onieśmielony, by sprzeciwić się temu stanowczemu tonowi, podszedł do niego z opuszczoną głową. Nie czuł strachu, nie… Czuł szacunek do tego półnagiego, obdartego mężczyzny, pewną ciekawość, i to coś, co dobija do brzegu z każdą falą, rozbija się o skały, wsiąka w piasek…
- Gram i śpiewam siedząc na tym kamieniu już od wielu, wielu lat… ale nikt nigdy do mnie nie przyszedł. Musisz być zatem Dzieckiem Morza, skoro mnie usłyszałeś… czy tak jest w istocie?
Chłopiec odważył się spojrzeć w twarz mężczyzny, uśmiechnięta i opaloną, z oczami koloru morskiej toni i tak samo jak ona głębokimi. Okalała je sieć drobnych zmarszczek, które nadawały tej twarzy wygląd pogodny i szczery. Zagubił w tej dobrej twarzy swoją nieśmiałość i odpowiedział:
- Nie mogę ci odpowiedzieć, Panie, gdyż nie pamiętam, kim jestem, ani skąd pochodzę. Morze wyrzuciło mnie kiedyś na ten brzeg i od tego czasu żyję tutaj, w rybackiej wiosce jako syn Starego Rybaka.
Mężczyzna spojrzał na daleki horyzont i zamyślił się. W końcu skinął na Chłopca, usadził obok siebie na kamieniu i otoczył szorstkim ramieniem.
- Nie pamiętasz… zatem ja mówię, że jesteś Dzieckiem Morza i z niego pochodzisz. A skoro tak… to poznaj jedną z morskich opowieści snującą historię, która zdarzyła się dawno, dawno temu, tu, na tej plaży, a jej świadkiem był głaz, na którym siedzimy. Byłem jeszcze wówczas młody, i dopiero uczyłem się wsłuchiwać w głos Morza i Plaży… Pewnego zachodu słońca, zadufany w sobie, chciałem wykazać się swoją siłą i postanowiłem podnieść ten właśnie głaz i wrzucić go do morskiej kipieli… Wtedy usłyszałem rozpaczliwy szept. To głaz prosił, abym zostawił go tam, gdzie zawsze było jego miejsce. Śmiałem się z niego bardzo długo i bardzo głośno, tak, że śmiech ten byłby w stanie poruszyć dawno niezmącone głębiny. A on wtedy opowiedział mi historię pewnego kamienia… Kamienia, który na tym właśnie głazie został rozłupany czyjąś silną ręką na dwoje. Wobec każdej z tych części los miał już gotowy plan… Tchnął na nie zły urok i rozrzucił, a one upadły z daleka od siebie, nad dwiema dużymi rzekami i tak miały trwać, dopóki nie przyjdzie ich czas. Jeśli nie pochłonie ich ziemia, ogień nie strawi a wiatr nie skruszy, to pewnego dnia dotrą do brzegów swoich rzek, aby wraz z ich nurtem przebywać kolejne zakręty i na końcu odnaleźć się w głębinie. Wtedy zły czar ma prysnąć, a kamyk znów połączy się w jedną całość. zamilkł, zadarł swoją siwą głowę do góry i zaczął wypatrywać na wieczornym niebie widma pierwszych gwiazd, jednak żadna jeszcze nie chciała pokazać swojego oblicza.
- Od tamtej pory zacząłem szanować każdą, nawet najmniejszą rzecz, która jest częścią Morza i Plaży… Każda z nich zna setki historii i tysiące istnień. Odłożyłem kamień na ziemię i, choć byłem już wówczas Królem Morza, oddałem mu pokłon, jako czemuś starszemu i trwalszemu ode mnie. Co rok też powracałem w to miejsce, aby zapytać, jak skończyła się ta historia.
Chłopiec patrzył w zachwycie na siedzącego obok, wspaniałego Króla Morza. Choć w skrytości serca podejrzewał, że to może być właśnie on, był zaskoczony i szczerze uradowany, gdyż oto właśnie w tej chwili spełniło się jego marzenie.
- I co się stało z kamykami?
Dobroduszny i łagodny uśmiech rozjaśnił twarz Króla. Zmierzwił płową czuprynę Chłopca i odrzekł:
- Tego, niestety, nie wiem… I podejrzewam, że już się nie dowiem. Ale kto wie? Może pewnego razu spotkasz na swej drodze coś, co opowie ci zakończenie tej historii… Może nauczysz się słuchać odgłosów morza, a wtedy… Wtedy może powrócisz tam, skąd pochodzisz?
Chłopiec z uśmiechem skinął głową i stojąc na plaży żegnał Króla Morza, niknącego pośród fal. I od tej pory opowiadał wszystkim o przygodzie, jaka mu się przytrafiła. Szanował też wszystko, co było częścią Morza i Plaży, jako coś starszego i trwalszego od niego samego.
(http://www.fantasy.dmkhost.net)


Sinobrody

Był sobie raz pan na wielu zamkach. Miał je po wsiach i miastach. Miał też srebrne i złote zastawy, sprzęty kryte złotogłowiem i szczerozłote karoce. Ale na nieszczęście miał też - siną brodę. Szpeciła go wielce i dawała pozór tak srogi, że wszystkie panie i panny umykały przed nim ze strachu.
Jedna z jego sąsiadek, dama szlachetnego rodu, miała dwie córki - obie skończone piękności. Sinobrody poprosił o rękę jednej z nich, zostawiając wybór matce, którą chciałaby oddać mu za żonę. Żadna z córek nie życzyła sobie tego i odrzekały się go wzajem. Żadna bowiem nie była skłonna zostać żoną jegomości z siną brodą. Odstręczało je bardziej jeszcze, że był on wprzódy wielokrotnie żonaty, a nikt nie wiedział, co się z jego żonami stało.
Sinobrody, chcąc się lepiej poznajomić z pannami, powiózł je wraz z matką, trzema czy czterema najbliższymi przyjaciółkami i kilkoma młodymi sąsiadami do jednego ze swych wiejskich dworów. Bawiono tam cały tydzień. Cały też tydzień trwały nieustanne przejażdżki, wyprawy myśliwskie, połowy, nieustanne tańce, festyny, podwieczorki. Nikt się nie kładł spać, bo całe noce upływały na figlach, które sobie wzajemnie płatano. Jednym słowem, wszystko układało się tak pięknie, aż wreszcie młodsza siostra zauważyła, że gospodarz nie ma tak bardzo sinej brody i że to pan wielce uprzejmy i elegancki.
Gdy wrócono do miasta, wkrótce odbył się ślub.
Minął miesiąc. Sinobrody oznajmił żonie, że musi wyjechać na wieś co najmniej na sześć tygodni w bardzo ważnej sprawie. Prosi ją więc, by sobie rozrywkami umilała czas jego nieobecności. Niech zaprosi do siebie przyjaciółki, niech je zabierze do któregoś z wiejskich dworów, jeśli jej przyjdzie ochota. Niech sobie niczego nie żałuje.
- A oto - powiedział wreszcie - klucze. Od dwóch komór, gdzie są sprzęty, i klucz, na który zamykam moje złote zastawy. Oto klucze od skarbca, gdzie trzymam złote i srebrne talary. I klucze od skrzyni z klejnotami. Oto wreszcie klucz otwierający wszystkie komnaty. Co się zaś tyczy tego maluśkiego kluczyka - otwiera on pokój przy końcu długiego ganku na parterze. Wolno ci otwierać wszystkie komnaty i do wszystkich wchodzić, lecz do tego pokoju - wchodzić ci nie pozwalam. Zabraniam ci tego srogo! A jeślibyś się ważyła pokój otworzyć, wpadnę w taki gniew, że możesz spodziewać się po mnie wszystkiego.
Żona przyrzekła szanować mężowskie polecenia, a Sinobrody uściskał ją, wsiadł do karocy i odjechał.
Sąsiadki i przyjaciółki żony tak były ciekawe wszystkich jej domowych bogactw, że zaraz wybrały się w odwiedziny, nie czekając nawet zaprosin. Do tej pory nie śmiały tego uczynić z powodu obecności męża, gdyż lękały się jego sinej brody.
Oczywiście, jęły zaraz przebiegać komnaty, pokoje, szatnie jedne piękniejsze od drugich. Wbiegły i do komór ze sprzętami, gdzie nie mogły się nachwalić nieprzebranego mnóstwa i piękności tkanin, łóż, kanapek, najwspanialszych świeczników oraz oprawnych w kryształ, srebro, złoto zwierciadeł, w których mogły się przejrzeć od stóp do głów. Nieustannie i bez miary zachwycały się wszystkim, zazdroszcząc szczęścia przyjaciółce. Jej jednak wcale nie bawiło oglądanie tych bogactw. Niecierpliwiła się, bo chciała czym prędzej otworzyć pokój na parterze. Tak ją ciekawość paliła, że nie bacząc na grzeczność względem gości, zbiegła po tajemnych schodach na dół, prędko, o mało nie skręciwszy ze trzy razy karku.
Dobiegła do drzwi i zatrzymała się przed nimi chwilę, rozmyślając o nakazie mężowskim i o niebezpieczeństwie, na jakie się przez nieposłuszeństwo naraża. Ale pokusa była zbyt silna, by jej nie ulec. Wzięła maluśki kluczyk do ręki i drżąc otworzyła drzwi pokoju.
W pierwszej chwili nie dojrzała nic, gdyż okna były zamknięte. Lecz po chwili spostrzegła, że całą posadzkę pokrywa skrzepła krew, w której odbijają się martwe ciała przywiązanych do ścian kilkunastu kobiet. Były to żony Sinobrodego, które poślubił i jedną po drugiej pozarzynał.
Nieszczęsna o mało sama nie umarła ze strachu i upuściła klucz, który wyjęła z zatrzasku.
Gdy nieco zebrała myśli, podniosła klucz, zamknęła za sobą drzwi i poszła do swojej komnaty. Chciała jakoś przyjść do siebie, ale nie mogła uładzić myśli: nazbyt była poruszona. Spostrzegła też, że krew splamiła klucz od pokoju. Jęła więc wycierać go. Krew jednak nie ustępowała. Daremnie myła klucz, a nawet tarła go piaskiem i gliną. Krew nie schodziła. Klucz był zaczarowany i nie sposób było całkiem go oczyścić. Gdy usunęła krew z jednej strony - występowała z drugiej.
Sinobrody powrócił z podróży już tego wieczoru, gdyż dowiedział się z listów, które otrzymał w drodze, że sprawa, dla której wyruszył, pomyślnie się zakończyła. Jego żona czyniła, co mogła, aby mu okazać, że bardzo jest uradowana z jego powrotu.
Nazajutrz Sinobrody poprosił, by mu zwróciła klucze. Oddała je, lecz tak drżącą ręką, że Sinobrody odgadł bez trudu, co jej się przydarzyło.
- Co się stało - zapytał - że nie ma tu klucza od pokoju na parterze?
- Pewno zostawiłam go w mojej komnacie, na piętrze.
- Nie omieszkajże oddać mi go niebawem.
Po takich i owakich wykrętach trzeba było jednak przynieść klucz. Sinobrody spojrzał nań i powiada:
- Dlaczego ten klucz jest splamiony krwią?
- Nie wiem - odrzekła nieboraczka blada jak śmierć.
- Nie wie pani? - powtórzył z przekąsem Sinobrody. Ale ja dobrze wiem! Chciała pani -wejść do pokoju na parterze. Pięknie! Wejdzie więc pani i zajmie miejsce wśród tych dam, które pani tam widziała.
Żona padła z płaczem do nóg małżonka, prosząc o przebaczenie i szczerze żałując swego nieposłuszeństwa. Wzruszyłaby skałę - była tak piękna, tak smutna. Lecz Sinobrody miał serce twardsze niźli skała.
- Nie ma co, proszę pani - powiada. - Musi pani umrzeć! I to zaraz!
- Skoro muszę umrzeć - odparła patrząc nań oczami we łzach - proszę o czas na modlitwę.
- Daję pani kwadrans czasu - odrzekł Sinobrody. - Ani chwili więcej.
Gdy żona została sama, przywołała siostrę i powiedziała:
- Siostro Anno (tak było siostrze na imię), siostro Anno, wejdź, proszę, na szczyt wieży i spójrz, czy nie przybywają nasi bracia. Przyrzekli bowiem, że mnie dziś odwiedzą. A gdy ich ujrzysz - daj im znak, by się pospieszyli.
Siostra Anna weszła na szczyt wieży, a udręczona nieboga wołała do niej co chwilę:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? A siostra Anna odpowiadała:
- Nie widzę nic. Tylko pył słońca drży nad ziemią, tylko trawy się zielenią.
Tymczasem Sinobrody, trzymając kordelas w garści, krzyczał z całych sił:
- Schodź no, pani, do mnie albo ja po panią przyjdę!
- Jeszcze chwilkę, jeśli łaska - odpowiadała żona. I nawoływała niegłośno:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? A siostra Anna odpowiadała:
- Nie widzę nic. Tylko pył drży nad ziemią w słońcu, tylko trawy się zielenią.
- Schodź no, do licha! - krzyczał Sinobrody. - Schodź albo ja po ciebie przyjdę.
- Już idę - odpowiadała żona. I wciąż nawoływała niegłośno:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze?
- Widzę wielką kurzawę, która się przybliża. - Czy to jadą bracia?
- Niestety, siostro. To stado baranów.
- Czy zejdziesz nareszcie? - krzyczał Sinobrody.
- Jeszcze małą chwilkę proszę - odpowiadała żona i nawoływała niegłośno:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze?
- Widzę dwóch jeźdźców, którzy ku nam pędzą. Ale są jeszcze daleko.
- Bogu dzięki! - krzyknęła po chwili. - Tak, to bracia! Daję im znak, by się pospieszyli.
Sinobrody tymczasem jął krzyczeć tak głośno, aż trząsł się cały dwór.
Nieszczęsna żona zeszła do niego i spłakana, roztargana upadła mu do nóg.
- Nic to wszystko nie pomoże - rzekł Sinobrody. - Trzeba umierać, moja pani!
Po czym jedną ręką chwycił ją za włosy, a w drugiej uniósł kordelas, by jej uciąć głowę. Nieboga odwróciła się ku niemu i patrząc gasnącym wzrokiem, prosiła o chwilę zwłoki, by mogła się skupić.
- Nie! Nie! - krzyknął Sinobrody. - Lepiej od razu poleć duszę Bogu, bo... - i uniósł ramię.
W tejże chwili ktoś uderzył w drzwi z taką siłą, że Sinobrody powstrzymał cios. Drzwi rozwarły się i wpadło dwóch kawalerów, biegnąc wprost na Sinobrodego z wyciągniętymi szpadami w rękach. Sinobrody poznał braci swojej żony: dragona i muszkietera. Wymknął się im z rąk. Lecz bracia popędzili za nim, następując mu na pięty, i dopadli go, nim wybiegł na ganek. Przekłuli go szpadami na wskroś i Sinobrody wyzionął ducha.
Biedna siostra była na wpół żywa z trwogi i nie miała nawet sił, by powstać i powitać braci.
Jako że Sinobrody nie pozostawił spadkobierców, żona została panią całej jego fortuny. Jedną jej część przeznaczyła na posag dla siostry Anny, którą wydała za młodego zakochanego szlachcica. Drugą część przeznaczyła na kupno rang kapitańskich dla swych dwóch braci, a z reszty wyposażyła się sama i poślubiła zacnego jegomościa, przy którym zapomniała rychło o awanturach z Sinobrodym.

MORAL

Ciekawość urok ma - ni słowa,
lecz często trzeba jej żałować.
Przykładów krocie na to mamy.
Znika - gdy ją nasycić wreszcie a drogo za nią płacą damy.

MORAL

Gdy masz oleju nieco w głowie i dzieje świata znasz zwodnicze,
tę opowiastkę w bajki wliczysz,
jest ona starą bajką bowiem.
Dziś - mąż tak się nie będzie srożył
ni takich żądań nie przedłoży,
choć wrze zazdrością, choć się złości,
bo - pod pantoflem tkwi jejmości.
Więc trudno poznać, kto przewodzi,
po takiej czy owakiej brodzie.


Stronki www:
http://nielsen.artpassions.net/
http://www.surlalunefairytales.com
http://www.gutenberg.org/files/19993/19993-h/19993-h.htm
http://www.mainlesson.com/display.php?author=lang&book=blue&story=bronze
http://www.poema.art.pl/site/itm_18807.html
http://www.bajkinaznaczkach.combinat.net/index.php
http://www.amybrownart.com/



czwartek, 2 sierpnia 2007

ENYA

"Orinoko Flow"




"Caribbean Blue"




"Only If"




"On My Way Home"



"Wild Child"




"I Want Tomorrow"





"anywhere Is"